Akt ostatni

Przejdźmy wreszcie do szekspirowskiego siódmego aktu (a naszego ósmego):

I wreszcie akt ostatni, który kończy Dziwną i pełną zdarzeń akcję sztuki:

Nowe dzieciństwo, gdy traci się pamięć,

Zęby, smak, włosy, wzrok – i w końcu wszystko.

Świadomość śmierci oraz podeszły wiek, który ją poprze­dza, zawsze zaprzątały uwagę człowieka. Wergiliusz ponuro myślał o starości i śmierci:

Najpierw od nas, biednych śmiertelników, odpływają najlepsze dni naszego życia; zakradają się choroby, ponura starość i ból; na­gła i sroga śmierć wszystko przerywa.

Wśród mieszkańców krajów wysoko rozwiniętych śmiertel­ność w wieku sześćdziesięciu lat jest dziesięć razy wyższa niż w wieku lat trzydziestu. U przeciętnego szesnastolatka praw­dopodobieństwo śmierci w ciągu najbliższego roku wynosi 0,05 procent, podczas gdy u stulatka – pięćdziesiąt procent. Tym, którzy żyją dostatecznie długo, starość przynosi kruchość ko­ści, podwyższone ciśnienie krwi oraz mnóstwo większych lub mniejszych dolegliwości prowadzących ostatecznie do śmierci. Wiek, w którym pojawiają się pierwsze oznaki starości, zależy od sposobu odżywiania; wcześniej występują one też u pala­czy, osób nadużywających alkoholu i wykonujących stresujące zawody34. Dzięki większej wadze, jaką przykłada się do opieki zdrowotnej i stylu życia w krajach rozwiniętych, średnia dłu­gość życia wzrasta. Być może z tego właśnie powodu medycy­na tradycyjnie już unika pytania o ewolucyjne znaczenie sta­rości, za to poszukuje na nią lekarstwa, tak jakby opcją mogła być nieśmiertelność. Czy biologia może coś dodać do zagadnie­nia, które przeraża lub deprymuje większość z nas?

Darwinowska analiza wieku podeszłego wyraża się w ter­minach strategii życiowych. Po początkowo wysokiej śmier­telności we wczesnym okresie życia prawdopodobieństwo prze­życia z roku na rok jest mniej więcej stałe dla wielu dorosłych ptaków i ssaków egzystujących w środowiskach naturalnych. Jest tak, ponieważ wypadki i choroby dotykają wszystkie jed­nostki w mniej więcej tym samym stopniu. Prawdopodobień­stwo przeżycia następnego roku jest takie samo bez względu na wiek. W rezultacie niewiele jednostek, jeśli jakiekolwiek, żyje po przekroczeniu pewnego wieku, a u starszych nie wy­stępuje już żaden gwałtowny wzrost śmiertelności. W warun­kach naturalnych starość jest właściwie niezauważalna.

Podobnie mogło być u ludzi. Przed nadejściem nowoczesnej cywilizacji śmierć spotykała osoby, zanim te jeszcze wkroczyły w starość. W efekcie geny odpowiedzialne za obecne choroby starszego wieku, takie jak nowotwory czy schorzenia układu krążenia, nie zostały wyeliminowane przez ewolucję darwinow­ską. Ujawniają się po wielu latach życia. Dobór naturalny nie mógł oddziaływać na te geny, które uaktywniały się, kiedy jed­nostka miała już dzieci i wnuki, a co więcej, kiedy większość osób już nie żyła. Podobnie, w puli genowej pozostały również te geny, które we wczesnym okresie życia pełniły korzystną funkcję, później jednak wywoływały upośledzenia funkcji orga­nizmu. To, że kontrola wewnątrzkomórkowa oraz mechanizmy naprawcze przestawały działać i wywoływały choroby nowotwo­rowe, nie miało znaczenia, ponieważ jednostka i tak najpraw­dopodobniej nie dożywała tego wieku. I odwrotnie, nikt nie żył wystarczająco długo, by odnieść korzyści z funkcjonowania ge­nów mających udział w wydłużaniu życia, a co za tym idzie, by mieć nadal szansę reprodukcji lub opieki nad wnukami. Biolo­gia wyznaczyła jednak górną granicę, ponieważ korzyści ze sta­łej naprawy musiały być równoważone przez koszty.

Współczesny świat jest rzecz jasna zupełnie inny. Starzenie się w formie, jaką znamy z krajów wysoko rozwiniętych, nie było elementem naturalnego cyklu życiowego. W dwudziestym wieku średnia długość życia w krajach rozwiniętych niemal się podwoiła. Proporcjonalny udział starszych osób w popula­cji gwałtownie rośnie i jeśli ta tendencja się utrzyma, około roku 2030 w rozwiniętych społeczeństwach przeważać będą osoby powyżej pięćdziesiątego roku życia.

Ewolucyjne podejście do problemu starości usilnie sugeru­je, że starzenie się to proces stopniowego rozpadu zachodzący w rozmaitych częściach organizmu. Człowiek umiera ze staro­ści, ponieważ jego organizm stopniowo akumuluje rozmaite usterki, a nie dlatego, że został zaprogramowany na zatrzy­manie pracy w określonym wieku. Niemniej jednak pewne dowody pozwalają mówić o jakimś stopniu całościowej kontroli nad niektórymi aspektami procesu starzenia. Osoby cierpiące na rzadkie dziedziczne schorzenie znane jako zespół Wernera starzeją się przedwcześnie. W wieku dwudziestu lat mają siwe włosy, zmarszczki i są podatne na choroby wieku pode­szłego, takie jak nowotwory, osteoporoza, zaćma i choroba wień­cowa. Objawy przedwczesnego starzenia pojawiają się w oko­licach okresu dojrzewania, a śmierć następuje między czter­dziestym a pięćdziesiątym rokiem życia, zazwyczaj wskutek zawału serca bądź choroby nowotworowej.

Uważa się, że osoby z zespołem Wernera nie mają sprawne­go genu niezbędnego do produkcji enzymu zwanego helikazą, który to enzym pomaga naprawiać błędy w łańcuchu DNA38. Proces naprawy genów jest niezwykle ważny, ponieważ białka potrzebne do podtrzymywania trwałości organizmu wytwarza­ne są w ciągu całego życia. Bez helikazy błędy genetyczne akumulują się szybciej, co skutkuje przedwczesnym starzeniem. Skoro błąd pojedynczego genu, stanowiący podłoże zespołu Wernera, jest przyczyną przedwczesnego starzenia, to czy ten sam gen może zostać uszkodzony u starzejącego się człowie­ka? Jeśli tak, to otwiera się przed nami perspektywa odpo­wiednich zabiegów mających na celu przedłużenie funkcjono­wania tego genu. Zostawiając na boku powyższe spekulacje, wysoce nieprawdopodobne wydaje się odkrycie zapewniające­go nieśmiertelność specyfiku, który musiałby zapobiec całemu mnóstwu objawów, takich jak stępienie zmysłów, słabnięcie układu kostnego, mięśni i umysłu, których wraz z nadejściem starości doświadczy każdy z nas.

Ci, którzy nawet stojąc twarzą w twarz ze śmiercią, chcą jak najbardziej przedłużyć swoje życie, powinni zastanowić się nad rozpaczliwym położeniem Struldbruggów w Podróżach Gulliwera Jonathana Swifta. W królestwie Luggnaggu od cza­su do czasu przychodzi na świat dziecko z czerwoną plamą na czole. To nieomylny znak, że dziecko jest Struldbruggiem i że nigdy nie umrze. Kiedy Gulliwer odkrywa Struldbruggów, roz­wodzi się nad zaletami nieśmiertelności. Oni muszą być nad wyraz szczęśliwi, zakłada, ci wybrańcy losu, ?co mają przywi­lej nieumierania nigdy, których wyobrażenie śmierci nie za­strasza, nie osłabia, nie zasmuca!” Jednak Gulliwer szybko dowiaduje się od swoich luggnaggijskich gospodarzy, że jest w błędzie. Zaczyna rozumieć trudne położenie nieśmiertelnych Struldbruggów:

(…) podobni są do śmiertelnych i żyją jak ci do lat trzydziestu, tyle że potem wpadają w coraz większy smutek, aż póki nie dożyją lat osiemdziesięciu (…). Dożywszy lat osiemdziesięciu, co jest grani­cą życia ludzkiego w tym kraju, nie tylko są podlegli wstrętnym chorobom, nędzy i słabościom starości, ale nadto tak ich dręczy tra­piące wyobrażenie trwałości wiecznej, nędznej zgrzybiałości, że się niczym ucieszyć nie mogą. Nie tylko są, jak wszyscy inni starcy, uparci, nieużyci, łakomi, wielomówni, próżni, gniewliwi, ale też kochają tylko siebie, wyrzekają się słodyczy przyjaźni, a nawet do dzieci swoich żadnego nie mają przywiązania, a po trzecim pokole­niu nie poznają nawet swojej potomności (…).

Lecz gdy przychodzą do lat dziewięćdziesięciu, natenczas jeszcze gorzej dla nich. Wszystkie im wypadają zęby, wszystkie włosy spa­dają, tracą smak pokarmów, jedzą i piją bez żadnej przyjemności. Choroby, co ich żarły, dalej ich trapią nie zwiększając się ani zmniej­szając. Wszystkiego zapominają, nawet nazwiska swych przyjaciół, a czasem i swego własnego (…).

Straszny widok przedstawiali ci Struldbruggowie, lecz kobiety jeszcze okropniej wyglądały. Oprócz zwyczajnych oszpeceń starości twarz ich miała bladość śmiertelną, której opisać nie jestem w sta­nie; spomiędzy sześciu lub siedmiu poznałem natychmiast najstar­sze, lubo różnica w ich wieku wynosiła najwięcej lat dwieście.

Czytelnik łatwo mi uwierzy, że natenczas zupełnie straciłem chęć zostania takim Nieśmiertelnym. Wstydziłem się mocno wszystkich moich głupich myśli o wiecznym na tym świecie życiu i osądziłem, że największy tyran nie może tak okropnej śmierci wymyślić, której bym nie przeniósł nad stan Struldbruggów”.

Pozytywne, przełamujące stereotypy nastawienie do wieku podeszłego i śmierci pomogło wielu ludziom wieść szczęśliwe i bogate życie, choć mogliby popaść w beznadziejną bezczyn­ność. Świadomość, że można zerwać ze starymi nawykami i czerpać przyjemność z nowych doświadczeń, to tajemnica sukcesu. Nie trzeba od razu zaczynać fantazjować, przypusz­czając, że możliwe jest wieczne życie. Dobrze ujęła to pewna staruszka o bystrym spojrzeniu: ?Mam nadzieję, że kiedy umrę, będę miała zapisany już cały pamiętnik”.