Jawne rozbijanie małżeństwa przez teściów

 

W wielu znanych mi wypadkach, teściowie przeciwni mał­żeństwu swego dziecka z konkretną osobą nie zmienili swej postawy po ślubie. (Zwłaszcza wtedy, gdy relacje małżeńskie niezbyt dobrze, czy wręcz źle, się układały). Zamiast wspierać swe dziecko, które znalazło się w trudnej sytuacji, w najróż­niejszy sposób, bardziej lub mniej świadomie, przyczyniali się do rozpadu jego małżeństwa. Można by tu wyróżnić kilka typo­wych sytuacji:

  • agresja zwrócona przeciw synowej (zięciowi), by odpędzić ją (jego) od ich skrzywdzonego dziecka,

  • presja na swe dziecko, by wreszcie przejrzało i odeszło od współmałżonka,

  • wydanie przez teściów werdyktu, że małżeństwo w ogóle zostało zawarte nieważnie.

Wymienione sytuacje wymagają wyjaśnienia i komentarza. Pierwsza i druga zdarza się najczęściej ludziom niezbyt moc­no związanym z Kościołem, dla których przysięga sakramen­talna niewiele znaczy. Patrzą czysto po ludzku – ich dziecku dzieje się krzywda, więc trzeba „zlikwidować" krzywdziciela. Spotykałem się z nieprawdopodobnymi sytuacjami. Na przy­kład z wyrzucaniem z domu męża przez teściów, połączonym z wystawieniem jego rzeczy za drzwi (młodzi mieszkali u rodzi­ców żony). Uczyniono to dosłownie siłą. Teściowi pomagali inni mężczyźni z rodziny. Mąż nie mógł powrócić do żony i dwulet­niego synka pod groźbą pobicia. W krótkim czasie rodzina zło­żyła pozew rozwodowy, podając całkowicie wyssane z palca fakty, na potwierdzenie których posłużyła się fałszywymi świad­kami. Intryga była szyta tak grubymi nićmi, że sąd większości „niezbitym dowodom" nie dał wiary. Rozprawa ciągnie się la­tami. Mąż nie zgadza się na rozwód, ale co z tego. Nie mieszka z żoną i mimo ustalonych przez sąd widzeń z synem nie jest w stanie ich od żony (solidarnie wspieranej przez rodzinkę) wyegzekwować. Dodajmy, że wypędzony mąż jest człowiekiem spokojnym, wykształconym, szanowanym w miejscu pracy. Zarabiał mało i wydaje się, że to było istotne w całej sprawie. Summa summarum, rodzina żony uznała po ślubie, że jest on za słabą partią dla tak wspaniałej kobiety, jak ich córka – pani psycholog (studia ukończyła już w trakcie małżeństwa, a mąż jeszcze przed ślubem).

Inna sytuacja: rodzina konsekwentnie odrzucała żonę syna. Mimo że młodzi zamieszkali osobno, rodzice wykorzy­stywali każdą okazję, by synowi obrzydzić nieakceptowaną przez nich synową. Gdy w małżeństwie młodych pojawiły się trudności, rodzice wykorzystali to, mówiąc: „A widzisz, wszyst­ko przez nią!". Syn zaczął przyjmować tę wygodną dla siebie wersję i przyznawać rodzicom rację. Wreszcie rodzice sami wyszukali „lepszą" synową i zainteresowali nią syna. Spisek się udał. Syn zostawił żonę i związał się z następną kobietą przy wsparciu i zadowoleniu, by nie powiedzieć: satysfakcji, rodziców.

Wreszcie sytuacja najdelikatniejsza – wierzących rodziców, dla których sakrament małżeństwa jest węzłem nierozerwal­nym. W takim przypadku, uznawszy, że ich dziecku w małżeń­stwie dzieje się krzywda i dłużej nie mogą na to patrzeć i tego tolerować, rodzice szukają rozwiązań dopuszczanych przez Kościół. Pierwszym pomysłem jest zwykle separacja, którą rze­czywiście Kościół w pewnych szczególnych przypadkach do­puszcza. Lecz to rozwiązanie ma ten mankament, że ich dziecko nie może wejść w kolejny związek, a więc będzie samo do końca życia. Jednocześnie znika szansa na wnuki, nieraz bardzo przez rodziców-teściów wyczekiwane. Drugim rozwiązaniem, bez tej niedogodności, jest uznanie, że małżeństwo w ogóle nie zosta­ło zawarte przed Bogiem, że jest nieważne od samego począt­ku. Rzeczywiście to się zdarza, gdy w chwili zawierania małżeństwa zachodziły tzw. wady zgody małżeńskiej, tyle że orzeczenie o nieważności małżeństwa zbolali teściowie ogła­szają sami, zwykle na długo przed wyrokiem sądu duchow­nego. Nawet gdy sąd duchowny orzeknie tzw. nieważność związku, rodzice do tego momentu powinni traktować mał­żeństwo ich dziecka jako związek sakramentalny. Bez wzglę­du na to, jak głębokie jest ich przeświadczenie o nieważności związku i… jak wielki jest ich ból, który czyni ich oceny su­biektywnymi.

Słyszałem kiedyś zdanie: „Rozwodzimy córkę…" od wierzą­cej, praktykującej i blisko z Kościołem związanej kobiety. By­łem przerażony – „rozwodzenie" z pewnością nie jest zadaniem rodziców.

Oto przykładowa kolejność wydarzeń przypadku opisanego powyżej typu: ślub wierzącego i zaangażowanego religijnie syna z nieakceptowaną przez rodziców kobietą, luźno związaną z Ko­ściołem:

  • szanując ślub kościelny, przez pierwsze lata rodzice pró­bują wspierać małżeństwo syna,

  • rodzice szukają pomocy dla młodych w poradni małżeń­skiej ,

  • młodzi korzystają z porad i zaczyna się powolna zmiana żony ku nawróceniu, jednak bez pomocy całkowicie zabloko­wanego, zbolałego męża,

  • konflikty narastają, rodzice pomagają synowi wyprowa­dzić się od żony, uznając, że separacja będzie najlepszym rozwiązaniem,

  • całkowita izolacja męża od żony, której nawet nie wolno zadzwonić i złożyć życzeń bożonarodzeniowych,

  • pomimo wszystko mąż postanawia ratować małżeństwo i ta decyzja przynosi mu wyraźną ulgę,

  • decyzję negują rodzice, orzekając, że małżeństwo syna jest nieważne od początku,

  • syn wnosi o rozwód i uznanie nieważności małżeństwa, zrywając wszelkie kontakty z żoną. Motywuje to, twierdząc, że popełnił życiowy błąd, gdyż nie słuchał rodziców przed ślubem, i drugi raz podobnego błędu popełnić nie chce.

Prześledźmy jeszcze raz tę sytuację: zaangażowani religij­nie rodzice od początku nie dopuszczają myśli rozwodu – jako rozwiązania niezgodnego z nauką Kościoła. Jednak przeżywa­na boleść, płynąca z tragicznego przebiegu małżeństwa ich syna, podsuwa myśl o separacji jako rozwiązaniu akceptowa­nym przez Kościół. I wreszcie kolejna myśl – o uznaniu mał­żeństwa za nieważne od początku przez sąd duchowny. Tak więc poszukiwania mieszczą się w polu dopuszczalnym przez Kościół, tyle że poszukują rodzice i to jest zasadniczym proble­mem, który chciałem tu zasygnalizować. Nie osądzając nikogo, pragnę jedynie zaznaczyć, że rozpacz rodziców, patrzących bez­radnie na ból, a nawet krzywdę swego dziecka w nieudanym małżeństwie, nie jest dobrym doradcą.

 

Inny przykład. Zięć akceptowany, ale bardzo pilnie spraw­dzany przez przyszłych teściów jeszcze przed ślubem. Zażądali m.in., by jako student zamiejscowy zamieszkał u nich na stan­cji, by mogli mu się z bliska przyjrzeć. Wszystkie „testy" wypa­dły pomyślnie. Doszło do ślubu. Teściowie oddali zięciowi ostatnią córkę. Starsza siostra wcześniej odeszła od rodziców, zresztą nie bez poważnych awantur. Kilka tygodni po ślubie teściowie uznali, że zięć zabrał im córkę (mimo że mieszkali wspólnie). Wyrzucili go ze swojego domu, a córce zakazali kontaktować się z mężem. Całkowicie uległa rodzicom córecz­ka nic nie miała do powiedzenia. Miesiąc po ślubie mąż mógł się kontaktować z żoną wyłącznie przez teścia. Rodzice-te- ściowie wzięli na siebie całą inicjatywę w załatwieniu rozwodu i uznaniu małżeństwa za nieważne w sądzie duchownym. Dodajmy, że rodzice są poważanymi, wykształconymi ludźmi, zasiadającymi w radzie parafialnej.

 

Podsumowując powyższe przykłady, należałoby stwierdzić ogólnie: teściowie-rodzice nie są najlepszymi osobami do wy­dawania werdyktów na temat małżeństwa ich dzieci. Z natu­ry rzeczy nie tylko są, ale wręcz muszą być nieobiektywni. Oczywiście werdykty te są i będą wydawane, lecz właśnie świadomość własnej subiektywności powinna powstrzymać rozsądnych rodziców-teściów przed ingerencją w małżeństwo młodych, zwłaszcza przed ingerencją zmierzającą jawnie do rozbicia małżeństwa. Podejmowanie decyzji za młodych w tej materii jest całkowicie nieuzasadnione i niedopuszczalne. Trzeba by stale uświadamiać rodzicom, że prawo do decydo­wania za dzieci wygasa z chwilą ich odejścia z domu. Owszem, mogli, a nawet powinni decydować za dziecko w stu procen­tach w chwili, gdy przyszło na świat. Od tego jednak momentu powinien trwać świadomy, kontrolowany przez rodziców pro­ces wycofywania się z niekoniecznych decyzji. Niekoniecz­nych, czyli takich, które dziecko może już, nawet z pewnym ryzykiem, podjąć samo. Marzeniem i celem rodziców powinno być to, by ich dziecko w coraz większym zakresie decydowało o sobie samo, będąc do tego zdolne i przygotowane. Oczywiście właściwe wychowanie i tym samym przygotowanie do odpo­wiedzialnego podejmowania decyzji życiowych uchroniłoby dzieci przed wchodzeniem w związek małżeński od początku skazany na wielkie trudności. Znikłyby wówczas zasadnicze powody popychające do interwencji rodziców w małżeństwo młodych. Zatem złość na dzieci, że źle postępują, powinna ustąpić miejsca pokornej refleksji nad własnymi błędami i wy­nikłymi stąd brakami w wychowaniu dzieci. Nie czas jednak, by owe braki na tym etapie odrabiać.

Rodzice powinni czynić to, przez co mogą skutecznie i re­alnie pomóc, wspierać trwałość małżeństwa swoich dzieci i mo­dlić się za nich. Decyzje życiowe trzeba już jednak pozostawić młodym, wbrew pokusie brania spraw w swoje ręce i załatwia­nia ich za młodych w jedynie słuszny sposób" – według pomy­słu rodziców-teściów.