Złamać do końca

Nie bez kozery często krytykuje się naukowców za to, że gromadzą coraz więcej szczegółowej wiedzy z coraz węższego tematu. Posługując się wyobrażeniem krajobrazu epigenetycznego Waddingtona, dostają się oni w dolinę intelektu, z której coraz trudniej wyjść. Naukowcy jednak ostentacyjnie przekra­czają granice między dziedzinami wiedzy. Prawdę mówiąc, najbardziej cenioną cechą doskonałego badacza jest umiejęt­ność kojarzenia różnych dziedzin wiedzy. Czy jednak owa dąż­ność do wychodzenia poza swoją dziedzinę jest równie praw­dziwa w wypadku ich głębiej zakorzenionych przekonań i po­glądów, na przykład politycznych lub społecznych? Większość z nas odpowie, że nie. Wartości kształtują się wcześnie i ? jak się oczekuje ? pozostają takie same przez całe życie.

Rozmaici przywódcy polityczni i religijni przez całe wieki szukali sposobu zmiany ludzkich wartości, czasem z dobrym skutkiem. Jak do tego dochodziło? Pewną wskazówkę znaleźć można w Orwellowskim portrecie totalitaryzmu ? powieści Rok 1984. Winston Smith, jej bohater, w tajemnicy buntował się przeciwko wszechmocnemu Wielkiemu Bratu i Partii. Zde­maskowano go jednak, uwięziono i poddano torturom w poko­ju 101. Jego duch został zmiażdżony, a podstawowe wartości stworzone na nowo. Fizyczne i psychiczne tortury uczyniły go podatnym na wstrętne wartości, które wcześniej odrzucał. Winston Smith pokochał obiekt swojej nienawiści:

Winston, błogo rozmarzony, nawet nie zauważył, że napełniono mu szklankę. Nie biegł już, nie krzyczał. Znowu był w Minister­stwie Miłości. Wybaczono mu zbrodnię, duszę miał czystą jak śnieg. (…) Spojrzał na ogromną twarz. Zajęło mu czterdzieści lat, nim od­krył, jaki to uśmiech kryje się pod czarnym wąsem. Och, cóż za okrutna, niepotrzebna pomyłka! Och, cóż za upór i arogancja nie pozwalały mu się przytulić do miłującej piersi! Dwie pachnące dżi­nem łzy spłynęły mu wolno po policzkach. Ale wszystko już było dobrze, wreszcie było dobrze; walka się skończyła. Odniósł zwycię­stwo nad samym sobą. Kochał Wielkiego Brata.

Wojna w Korei wstrząsnęła amerykańską opinią publiczną, wyrażającą do tej pory wygodny pogląd, że uczciwi ludzie ni­gdy nie postąpiliby w określony sposób. Mniej więcej jedna trzecia z siedmiu tysięcy amerykańskich więźniów wojennych współpracowała z chińskimi i północnokoreańskimi wrogami, a dwudziestu jeden żołnierzy odmówiło powrotu do Stanów Zjednoczonych po zakończeniu konfliktu. Owe przemiany wy­wołały w Ameryce konsternację i dały początek intensywnym badaniom nad technikami stosowanymi przez komunistów. Wiele z owych przemian dokonało się wskutek poważnego bra­ku snu i prób zapewnienia sobie lepszych warunków życia. Metody tak zwanego prania mózgu nie były ani subtelne, ani wyrafinowane. Mimo to znaleźli się więźniowie, którzy ? pod­dani strachowi, fizycznym niewygodom i intensywnej indok­trynacji ? naprawdę zdawali się zmieniać swój system warto­ści i poglądy polityczne.

Początków prania mózgu szukać jednak należy znacznie wcześniej niż na wojnie w Korei. Z czymś podobnym mieliśmy na przykład do czynienia podczas osiemnastowiecznych na­wróceń na chrześcijaństwo w Ameryce Północnej. W trakcie religijnej wyprawy krzyżowej w Massachusetts około 1730 roku teolog Jonathan Edwards odkrył, że może ?złamać” swo­ich ?grzeszników” i poddać całkowicie swej woli. Osiągał to, strasząc ich piekłem, a więc wywołując w nich ogromny lęk i poczucie winy. Edwards, tak jak wielu kaznodziejów w histo­rii, najpierw wzbudzał skrajne emocje – gniew, strach, ekscy­tację i napięcie nerwowe – a następnie przedstawiał nowe idee i przekonania, które chciał wpoić. Jeszcze dziś w południowych rejonach Stanów Zjednoczonych wypuszcza się w pobliżu miejsc zgromadzeń religijnych grzechotniki; niepokój i lęk, jakie wy­wołują, mogą osłabić zdolność oceny i wyrobić w kandydatach do nawrócenia większą podatność na sugestię. Skoro tylko ów stan plastyczności umysłu zostaje osiągnięty, kaznodzieja po­czyna zastępować dotychczasowe wzorce myślenia innymi. Ciągły strach jest, rzecz jasna, znakiem rozpoznawczym reżi­mów totalitarnych, w których jednostki o odmiennych poglą­dach żyją pod stałą groźbą zatrzymania, tortur czy egzekucji.

William Sargant, brytyjski psychiatra pracujący w połowie dwudziestego wieku, interesował się wspomnianymi techni­kami urabiania umysłu i zauważył, jak istotne są silne emocje w procesie religijnego nawrócenia. W swojej książce Battle for the Mind opisał szeroki zakres doświadczeń, w tym także sto­sowane w wojsku pranie mózgu. Swoimi dociekaniami objął również pozytywne aspekty wykorzystania stresu podczas psychoterapii. W trakcie drugiej wojny światowej Sargant po­magał żołnierzom pokonać objawy zespołu wyczerpania wal­ką. Część terapii stanowiło celowe wzbudzanie u pacjentów silnych emocji nie mających bezpośredniego związku z ich traumatycznymi przeżyciami:

Wybuch celowo wywołanego przez terapeutę i doprowadzanego do apogeum strachu bądź gniewu często powoduje nagłe emocjonal­ne załamanie. Pacjent opada bezwładnie na kanapę na skutek tego wyczerpującego wyładowania emocjonalnego (…) lecz wkrótce do­chodzi do siebie. Często później się zdarza, że znika u niego wiele objawów nerwowych. Jeśli jednak u pacjenta uwalniane są słabe emocje i odświeżane jedynie suche wspomnienia strasznego zajścia, należy oczekiwać kiepskich wyników terapii.

Sargant podkreślał wagę zaczerpniętego z psychoanalizy emocjonalnego odreagowania, w ramach którego psychoanalityk wzbudza u pacjenta niepokój, poczucie winy, a nawet gniew, w wyniku czego może dojść do zmiany dotychczasowego wzor­ca zachowania. Przytaczał następujący komentarz jednego z byłych pacjentów Freuda:

W pierwszych miesiącach nie czułem nic oprócz rosnącego niepo­koju, poniżenia i poczucia winy. Nic z mojego dotychczasowego ży­cia nie wydawało się zadowalające, a wszystko, co do tej pory o sobie myślałem, wydawało się sprzeczne z rzeczywistością. Kiedy wpadłem w zupełną beznadzieję, on (Freud) zdawał się budować u mnie na nowo poczucie wiary w siebie i układać wszystko według nowego porządku.

Jeśli Sargant miał rację co do korzyści płynących z doświad­czenia emocjonalnego, metoda ta ma trochę wspólnego z tech­niką psychologiczną nazywaną zanurzeniem. Polega ona na tym, że człowiek cierpiący na jakąś fobię rozmyślnie wprowa­dzany jest w stan strachu w obecności przedmiotu bądź sytu­acji, które tę fobię wywołują. Na przykład na klatce piersiowej osoby, którą przerażają pająki, kładzie się ogromnego pająka. Wbrew temu, co podpowiada intuicja, fobia pacjenta może zo­stać w dużym stopniu zredukowana.

Na całym świecie powszechna jest praktyka brutalnego traktowania rekrutów podczas pierwszych etapów szkolenia. Jednostka najpierw zostaje złamana przez presję fizyczną i psychiczną, po czym następuje jej odbudowa w formie pożą­danej przez armię. Rekruci są poniżani słownie, zmuszani do wykonywania bezsensownych zadań o charakterze służebnym i do długich marszów w pełnym ekwipunku, a z upływem cza­su pluton staje się stopniowo ich rodziną. Poza armią wyko­rzystuje się inne metody wywoływania plastyczności psycho­logicznej, na przykład izolację społeczną, post, obniżanie po­ziomu cukru we krwi za pomocą insuliny, fizyczne niewygody, chroniczne zmęczenie oraz wystawienie na uciążliwe światło bądź hałas. Antropolog Ernest Gellne opisuje łagodniejszą for­mę tego samego zjawiska występującą podczas budowania konformizmu plemiennego:

Powstrzymywanie osób od postępowania wbrew porządkowi spo­łecznemu, którego powinny przestrzegać, polega na poddawaniu ich rytuałom. Proces ten jest prosty: zmusza się je do tańca wokół tote­mu aż do chwili, gdy ogarnie je dzikie podniecenie, wpadną w histe­rię i zbiorowe szaleństwo. Ich emocje wzmacnia się różnymi meto­dami, wszystkimi dostępnymi bodźcami wzrokowymi i słuchowy­mi, narkotykami, tańcem, muzyką i tak dalej. W chwili, gdy są już naprawdę nieobecne, wyciska się w ich umysłach pojęcie czy prze­konanie, któremu potem mają być wierne.

Innym przykładem psychologicznej plastyczności wywoła­nej przez traumatyczne przeżycie emocjonalne jest tak zwany syndrom sztokholmski, znany także jako przywiązanie trau­matyczne. Termin ten wziął nazwę od wydarzenia, do które­go doszło w latach siedemdziesiątych w Sztokholmie. Kobieta, która podczas nieudanego napadu na bank została wzięta jako zakładniczka, wytworzyła silną więź ze swoim prześladowcą. Pozostała mu wierna nawet wtedy, gdy poszedł do więzienia. Jej dziwna reakcja nie była wcale wyjątkowa. Wiele ofiar upro­wadzeń bierze stronę przestępców i występuje przeciwko wła­dzom, które chcą je uwolnić. Bycie zakładnikiem jest oczywi­ście traumatycznym doświadczeniem, ale i porywacze mogą być równie przerażeni, ponieważ ich życie także wisi na wło­sku. W takich okolicznościach, gdy zarówno przestępca, jak i zakładnik są mocno pobudzeni emocjonalnie, może powstać między nimi silna więź, paradoksalnie jednocząca ich prze­ciwko zewnętrznemu światu. Tak jak w wielu wojskowych, politycznych, religijnych i terapeutycznych technikach zmie­niania sposobu myślenia i zachowania dorosłego człowieka, elementem odgrywającym najważniejszą rolę jest kombinacja nacisku psychologicznego i sugestii.

Porównywalne przypadki, w których trauma wywołuje pla­styczność zachowania, można zaobserwować również u innych gatunków. Dorosłe dzikie konie zazwyczaj ?łamie się” przez poddawanie traumatycznym doświadczeniom przy jednocze­snym kontakcie z człowiekiem. Tradycyjna, aczkolwiek bar­dzo brutalna metoda polega na duszeniu sznurem; w ten spo­sób nawet najdzikszego z dzikich koni można zmienić w uległe zwierzę w zaledwie piętnaście minut. Podobnie, przez zastoso­wanie drastycznej dyscypliny można zmusić dorosłe nieoswojone psy, by przywiązały się do człowieka. (Nie oznacza to jednak, że jesteśmy zwolennikami tych praktyk z tego tylko powodu, że są skuteczne.) Anegdotyczny, niemniej pouczający jest przypa­dek owcy z małego stada zamieszkującego tereny Instytutu Zachowania Zwierząt w Madingley koło Cambridge. Owce były dzikie, unikały człowieka i wspomniana wyżej samica nie sta­nowiła pod tym względem wyjątku. Pewnej wiosny miała ona wyjątkowo ciężki poród. Ostatecznie trzeba było jej pomóc, po­dać środki przeciwbólowe i wyciągnąć jagnię. Bez wątpienia było to dla niej traumatyczne przeżycie. Od tamtej chwili aż do śmierci owca ta była bardzo przywiązana do ludzi i towarzyszy­ła im zawsze, kiedy chodzili po terenach instytutu. Trauma po­rodu w połączeniu z kontaktem z człowiekiem spowodowała głę­bokie i trwałe zmiany w zachowaniu zwierzęcia.