Zaburzenia w poczuciu własnej wartości

 

Najpierw muszę wytłumaczyć, dlaczego zaburzenia w po­czuciu własnej wartości uznałem za aspekt niedojrzałości i dla­czego stwierdziłem, że brak dostatecznego poczucia własnej wartości objawia się często nadmierną autoiytatywnością, a na­wet agresywnością mężczyzny.

Na drodze do dojrzałości człowieka zasadniczym czynni­kiem jest (oprócz wychowania) samowychowanie. By móc pod­jąć samowychowanie, trzeba wpierw poznać samego siebie i do­konać oceny w danym momencie życiowym. Następnym waż­nym krokiem jest samoakceptacja i dopiero potem tzw. praca nad charakterem, czyli uprawianie siebie samego w celu osią­gnięcia zamierzonych, oby dostatecznie wysokich, celów. Skoro nie może być nawet mowy o dojrzałości bez samowychowania, to tym samym nie może być dojrzałości bez zdrowej, chociaż krytycznej i zakładającej dalszy wzrost i rozwój, akceptacji samego siebie. Choć źródeł nieakceptacji samego siebie może być wiele, tu myślę głównie o nieakceptacji z powodu niskiej (a może nawet zaniżonej) oceny samego siebie przez pryzmat swoich osiągnięć, dokonań, swojej pozycji w rodzinie, w pracy i w życiu w ogóle. I właśnie niska ocena swej pozycji w rodzi­nie często staje się źródłem i powodem wydawania autoryta­tywnych, nie znoszących sprzeciwu sądów i decyzji. Są to próby pokazywania swej ważności (kto tu rządzi), podejmowane w po­czuciu zagrożenia i wyrażające się początkowo podnoszeniem głosu i dalej posuwające się czasami aż do agresji fizycznej. Jest to w gruncie rzeczy krzyk rozpaczy mężczyzny, który stra­cił już nie tylko poczucie bycia panem domu, sprawowania władzy w rodzinie, ale nawet poczucie bycia w ogóle kimś ważnym dla rodziny.

W takiej sytuacji odejście dziecka z domu i przyjęcie „nowe­go dziecka" nierzadko nastręcza trudności. Dziecko odcho­dzące z domu zawęża ewidentnie obszar władzy tatusia. A jeżeli to właśnie dziecko było jedynym członkiem rodziny, które jesz­cze taty „się słuchało", sytuacja staje się poważna. Tak czy inaczej, mający poczucie braku władzy w rodzinie ojciec-teść próbuje niejednokrotnie przenieść swe wpływy na małżeństwo młodych. Wcześniej już wspominałem o sytuacji, gdy ojciec-teść jest pracodawcą jednego albo nawet obojga młodych mał­żonków. Istnieje wówczas pokusa przeniesienia wpływów pra­codawcy na życie prywatne młodych w małżeństwie swego dziecka.

Bywają jednak sytuacje trudne o innej genezie. Oto przy­kład: młodzi, wsparci finansowo przez obie pary rodziców, na samym starcie małżeństwa kupują duże mieszkanie. Podej­mują jeszcze przed wprowadzeniem się generalny remont i da­leko idącą modernizację mieszkania. Teść młodego męża uczestniczy w pracach. Wyszukuje fachowców, dopilnowuje ich, mając jako emeryt sporo czasu. Młody małżonek ma bar­dzo dobrze płatną, lecz ogromnie absorbującą czasowo pracę. W tej sytuacji czas wolny teścia jest na wagę złota. Zresztą teść czasu i trudu nie żałuje, w końcu robi to dla swych dzieci, wnuków. Wszystko byłoby dobrze, gdyby teść, jak każdy zresztą normalny mężczyzna, nie próbował wprowadzać własnych po­mysłów i innowacji w trakcie remontu. Niestety, jak się okaza­ło, robił to niedostatecznie delikatnie, choć z pewnością w najlepszej wierze. Zięć dostawał szału, że teść miesza się w nie swoje sprawy i wprowadza idiotyczne, niezgodne z pla­nem zmiany. Tak naprawdę chodziło o styl podejmowania decyzji. Gdyby teść przedstawiał zięciowi do akceptacji propo­zycje zmian, ten zapewne zgodziłby się na większość. Gdy jed­nak decyzja nawet w drobnej sprawie omijała zięcia, była przez niego odrzucana jako ewidentnie zła. Dochodziło do awantur kończących się zrywaniem „źle" położonej podłogi. Rozmawia­łem z tym młodym mężem tuż przed pięknymi świętami Bożego Narodzenia. Perspektywa odwiedzin teściów, nie mówiąc już o przełamaniu się opłatkiem, była dla niego koszmarem. Mówił otwarcie, że nienawidzi teścia z powodu jego mieszania się w nie swoje sprawy. Młody, kulturalny, wykształcony mężczy­zna był tak zacietrzewiony, że zupełnie nie dostrzegał całego dobra, jakie naprawdę zawdzięczał teściom, dobrym, ofiarnym, nastawionym ugodowo ludziom.