Sytuacja niedojrzałej kobiety wypuszczającej dziecko z domu

 

Podsumujmy krótko sytuację kobiety o uczuciach nie upo­rządkowanych władzami rozumu i nie podporządkowanych władaniu woli, czyli niedojrzałej emocjonalnie.

  • Boi się, co z nią samą będzie, gdy dziecko, najważniejsza lokata jej uczuć, osoba, której poświęciła całe swe życie, odej­dzie z domu z kimś całkowicie obcym.

  • Boi się, że ona stanie się nikomu niepotrzebna i ma po­czucie utraty sensu życia.

  • Boi się, że ona przestanie być najważniejszą osobą w życiu dziecka.

  • Boi się, że dziecko samo, bez niej będzie kreować swe życie niezgodnie z wcześniejszą, precyzyjną nieraz i szczegó­łową wizją mamusi.

  • Boi się zostać sama z mężem jako osobą w pewnym sensie obcą, odsuniętą uczuciowo już wiele lat temu.

  • Boi się, że jej dziecku będzie dziać się krzywda i że nikt tak mu nie dogodzi jak mamusia.

Zauważmy, że we wszystkich tych lękach przejawia się ego­izm, będący bardzo klarownym wyróżnikiem niedojrzałości. Zatem nie mądra miłość do dziecka jest źródłem niepokoju, lecz egocentryczna tzw. miłość własna mamusi. Ona każe roz­czulać się nad samą sobą – jaka to jest biedna. Tak rozumiana miłość własna nie ma nic wspólnego z potrzebną i ważną, akceptującą miłością siebie samego. Lęki powyższe są spotęgo­wane w sytuacji, gdy w domu zabraknie zdroworozsądkowo myślącego męża, który potrafiłby choć trochę wyhamować dyk­towane uczuciami zapędy jego żony. Czy zabrakło go z przy­czyn losowych (np. przedwczesna śmierć), czy przez oboje małżonków zawinionych (rozwód), czy wreszcie z powodu cał­kowitego wyeliminowania mężczyzny z życia rodziny, mimo dalszego zamieszkiwania pod wspólnym dachem – brak jest zawsze dotkliwy. Zwykle ten brak męża-ojca potęguje trudno­ści kobiety ujawniające się przy wychodzeniu dzieci z domu. Życie to potwierdza. Najdrastyczniejsze znane mi przykłady zwykle dotyczą takiej właśnie sytuacji, że męża nie ma w domu fizycznie lub jest, ale praktycznie nic nie znaczy, nie wolno mu się nawet odezwać, tak jest zdominowany i przytłumiony przez żonę. Zauważmy ponadto, że czas wychodzenia dzieci z domu przypada zwykle na końcówkę lat czterdziestych w ży­ciu kobiety. Jest to okres przekwitania, w którym silne prze­miany hormonalne w związku z wygasającą płodnością dają rozliczne impulsy wewnętrzne powodujące przeróżne proble­my w sferze psychicznej wielu kobiet. Nieumiejętność połapa­nia się w rozpoznawaniu czasu płodności i niepłodności, które jest wówczas rzeczywiście utrudnione, powoduje nierzadko zaburzenia we współżyciu z mężem, co dodatkowo kładzie się cieniem na relację małżonków. Każda kobieta, nawet dojrzała uczuciowo i żyjąca w dobrej relacji z mężem, może mieć w tym czasie trudności emocjonalne i różnego rodzaju lęki, a co dopiero osoba niedojrzała. Można więc powiedzieć, że sytuacja jest obiektywnie trudna i nie wolno jej lekceważyć.

Prześledźmy wyliczone powyżej łęki i zilustrujmy ich skut­ki przykładami z życia. Trudno może zilustrować każdy lęk z osobna jednym, niejako modelowym przykładem. Wszystkie bowiem przenikają się wzajemnie i związane są ze sobą. Przed­stawię zatem przykłady, w których jeden z rodzajów lęku jest akcentem dominującym.

Pierwsze trzy z wymienionych lęków są ze sobą ściśle zwią­zane. Ofiarą tych obaw zwykle pada przyszła synowa (lub zięć). Każda dziewczyna przyprowadzona przez syna do domu jest dla mamusi zagrożeniem. Nie wiedząc sama o tym, podświado­mie doszukuje się w potencjalnej synowej samych wad. Pewna matka, skądinąd bardzo przyzwoita i dobra kobieta, wychowy­wała samotnie synka. W zaistniałej sytuacji nie było żadnej jej winy. Oto mąż zmarł przedwcześnie, pozostawiając ja samą z trzynastoletnim chłopcem. Mama starała się zastąpić synowi zmarłego tatusia. Była dla niego wszystkim, poświęciła się mu bez reszty. Chłopiec wyrósł na dorosłego mężczyznę, skończył studia, lecz nadal pozostał synkiem mamusi. Poznał kobietę, z którą się związał. Matka nie akceptowała tego związku. Jed­nak on postawił na swoim, a gdy poczęło się dziecko, ożenił się i wyprowadził od mamusi. Wtedy zaczął się dramat. Matka uzna­ła, że synowa zaniedbuje męża, nie żywi go odpowiednio i z pew­nością chłopak takiego traktowania fizycznie nie przeżyje. Całkiem poważnie twierdziła, że syn jest niedożywiony, wręcz głodzony, i że gdyby nie ona, zmarłby z wycieńczenia. Choć trudno to sobie wyobrazić, a może nawet w to uwierzyć, ta pani codziennie, bez względu na pogodę uciekała z pracy, by po dwukilometrowym marszu dotrzeć do pracy synka i dać mu przygotowane własnoręcznie śniadanie – bo przecież żona go głodzi… Rozmawiałem długo z tą matką, nie pomogła żadna perswazja. Twierdziła bowiem, że ma na świecie tylko tego synka i musi się troszczyć o jego szczęście. W końcu ona najlepiej wie, czego jej dziecku potrzeba. Fakt, że „dziecko" miało już ponad 25 lat i założyło własną rodzinę, jej zdaniem niczego nie zmienia. Nie będę dalej opowiadał tej bolesnej historii, odnotuję jedynie, że małżeństwo młodych szybko się rozpadło i synek wrócił do mamusi.

Pewna pani, po śmierci męża, od 13. roku życia córki wy­chowywała ją samotnie. Starała się jak mogła, by zastąpić jedy­nej córce ojca i być dobrą matką zarazem. Chciała córce dać wszystko. Całe życie podporządkowała jej dobru. Niestety, jak to w takich przypadkach bywa, córka nie miała żadnych obo­wiązków i była całkowicie skoncentrowana na sobie. Wszystko się jej za darmo należało. Gdy poznała chłopaka, matka zaak­ceptowała jej wybór. Chłopak często nocował w ich mieszkaniu, śpiąc z córką za aprobatą mamusi, która zakwalifikowała go jako dobrą partię. Nastąpiło poczęcie dziecka i ślub w bardzo młodym wieku. Matka-babcia ze służącej córki (to słowo w tym wypadku zostało użyte z rozmysłem i prawidłowo oddaje rela­cję matki i córki) stała się służącą córki, jej męża i wnuczki. Babcia nawet nie narzekała – prała pieluchy, gotowała i sprzą­tała bez końca, na okrągło. Później przyszło na świat drugie dziecko i sytuacja zmieniła się tylko o tyle, że przybyło obo­wiązków… babci. Jednak zaczęło brakować jej sił i pojawiły się dokuczliwe choroby. Nie mogła już tak jak dawniej obsługiwać czwórki dorosłych i dorastających egoistów. Stała się sama ciężarem i dla domu była już bezużyteczna. Została oddana do tzw. domu pogodnej starości. Historię tę znam z relacji rozgo­ryczonej staruszki, która „całe życie poświęciła córce i wnu­kom, a na starość nawet jej nie odwiedzają". Co gorsza, córka robi to celowo, będąc wściekła na matkę, która „zniszczyła jej życie". Nazwała nawet, na czym to zniszczenie życia polegało: matka robiąc wszystko za nią, nie dała jej szans nauczenia się najprostszych prac domowych. I ona jako prawie czterdziesto­letnia kobieta znalazła się w trudnej sytuacji, kiedy spadło na jej głowę prowadzenie domu, z czym zupełnie nie potrafiła sobie poradzić. Zresztą dziwne by było, gdyby stało się inaczej. Prze­cież ona nie miała żadnej praktyki, żadnego doświadczenia.