Niezdolność osoby do miłości

 

Jeśli chcemy ocenić czyjąś czy też swoją zdolność do miło­ści, powinniśmy najpierw spokojnie zdefiniować pojęcie miło­ści. Ważne jest to szczególnie dziś, gdy panuje powszechne pomieszanie pojęć połączone z negacją najwyższych wartości i autorytetów. Prawdziwa miłość nie może kończyć się na słow­nych, choćby najwznioślejszych deklaracjach, lecz wyraża się czynami i troską o dobro drugiego. Najwyższym dobrem dla drugiej osoby jest jej własny rozwój, wzrost w człowieczeństwie. W świecie wartości chrześcijańskich ten rozwój i wzrost są ukierunkowane na osobistą świętość i w efekcie ku zbawieniu wiecznemu. Zatem dla chrześcijańskich małżonków najwyż­szym przejawem miłości jest troska o świętość współmałżonka, o jego zbawienie. Miłość więc to nie troska o „dobra" drugiego, rozumiane jako stan posiadania materialnego, lecz troska o jego dobro prawdziwe, mierzone wzrostem, rozwojem jego człowie­czego formatu. Krótko mówiąc, miłość ma czynić drugiego lep­szym.

Największą przeszkodą w świadczeniu miłości innym jest fakt, że trzeba to czynić niejako własnym kosztem. Tak więc przeszkodą utrudniającą, nierzadko wręcz uniemożliwiającą świadczenie miłości jest egoizm. Osoba zasklepiona w swym egoizmie staje się niezdolna do miłości. Jest pewnym paradok­sem, że osoby skrajnie egoistyczne, ba – głoszące programowo egoizm i indywidualizm jako filozofię życia, próbują – zupełnie wbrew logice – budować relacje miłości i zakładają rodzinę. Potem bywają bardzo zdziwione i obrażone na współmałżonka, ludzi, świat, a nawet samego Boga, że im się „małżeństwo nie udało". Zgłaszają pretensje do Kościoła, który „w swoim okru­cieństwie i bezduszności" nie uznaje rozwodów, a przecież w ich przypadku… Trzeba bowiem niemałej pokory, by z bole­snych doświadczeń życiowych wyciągnąć wnioski o własnym udziale w zaistniałej sytuacji, a nawet własnej winie. Wówczas nawet najboleśniejsze doświadczenie może być ważnym im­pulsem do refleksji, rewizji swego życia, do pracy nad sobą, swym charakterem, swoim postępowaniem wobec innych lu­dzi, zwłaszcza współmałżonka. Bywa, że jest to tzw. szczęśliwa wina, z której może wyniknąć ogromne dobro, i w efekcie ma szansę zaowocować prawdziwą, pozytywną odmianą życia. Jeżeli jednak takiej postawy zabraknie, człowiek będzie ego­istycznie trwał w idealnej wizji siebie samego, w poczuciu absolutnej niewinności, a winnymi będą wszyscy dookoła. Doświadczenia życiowe niosące ze sobą jakąkolwiek przykrość będą wówczas zupełnie bezwartościowe i odczytywane jako pech, złośliwość rzeczy martwych, sprzysiężenie się złych mocy itd. Nie wypłynie z tych doświadczeń żaden pożytek, będą to po prostu zmarnowane cierpienia. Tak więc egoizm czyni osobę nierozwojową i jednocześnie niezdolną do miłości.