Niedojrzałość społeczna

 

Na początku chcę określić, co rozumiem przez dojrzałość społeczną. Mam tu na myśli dość wąski jej zakres, a miano­wicie zdolność do samodzielnego stworzenia warunków dla bytu, bezpieczeństwa i rozwoju rodziny. Chodzi więc głównie o podstawy materialne i mieszkaniowe. Nie wystarczy, by młodzi mieli gdzie mieszkać i za co żyć. Ważne jest, by mogli utrzymać się ze środków zdobytych własną pracą. Krótko mówiąc, aby nie byli na garnuszku rodziców. Ważne jest więc, by przynajmniej jedno z nich (najlepiej mąż) miało zawód, pracę i przynosiło do domu pieniądze gwarantujące byt rodzi­nie. Nie muszą to być wielkie pieniądze na zbytki, lecz nie powinno ich zabraknąć na bieżące życie, mieszkanie i ko­nieczne leczenie.

Łatwo zauważyć, że tak rozumianą dojrzałość społeczną młodzi w naszym kraju osiągają późno albo nawet wcale jej nie osiągają. Długi proces kształcenia niebezpiecznie odsu­wa w latach czas osiągnięcia dojrzałości. Ważne jest to zwłaszcza dla kobiet, z punktu widzenia najlepszego wieku na urodzenie pierwszego dziecka. Mało tego, młody człowiek, który uczciwie uczy się, kończy studia i tym samym zdoby­wa zawód, nie ma żadnej gwarancji otrzymania pracy w ogó­le, a tym bardziej płacy gwarantującej bezpieczny byt całej, nowo założonej rodzinie. Nie mówiąc już o pieniądzach na zakup lub wynajęcie mieszkania. Cóż, w tej sytuacji można np. niefrasobliwie postulować, że jeśli kogoś nie stać, niech nie zakłada rodziny. Mogłoby się jednak okazać, że niewielu tak naprawdę stać na założenie rodziny i skazalibyśmy na­ród polski na błyskawiczną zagładę przez wymarcie. Zresztą postulat taki byłby jawnie wbrew naturze. Są w ludziach, na szczęście, naturalne siły przyciągania płci, skłaniające do łączenia się w pary, zakładania rodziny i przekazywania życia dzieciom.

Co nam wobec tego pozostaje czynić? Można by postulo­wać pomoc państwa, lecz obecnie nie bardzo można na to liczyć. Zatem, skoro młodzi są niezdolni do samodzielnego startu w życie, muszą oglądać się na pomoc rodziców czy szerzej rozumianej rodziny. Dawniejsza instytucja posagu to właśnie miała na celu. Może dziś niektórych śmieszyć, że dla dziewczynki zbierano posag od szóstego roku życia, że mu­siało w nim być tyle a tyle sztuk bielizny pościelowej, tyle obrusów, sztućców itp. Jednak miało to sens i z pewnością było wyrazem troski o dobry początek życia, start dziecka w małżeństwie. Jest więc naturalną rzeczą, że rodzina wspo­maga na starcie małżeństwa swych dzieci, które w sferze ma­terialnej nie mogą stanąć na własnych nogach. A jednak niesie to za sobą poważne zagrożenia. Czym innym jest bowiem da­nie czegoś w prezencie ślubnym, w posagu, a czym innym stałe łożenie na bieżące utrzymanie. Raz dane trudno wypomi­nać (choć niestety się to zdarza). Stałe utrzymywanie młodych przez rodziców jest sytuacją złą, choć czasem nieuniknioną (np. małżeństwo uczących się dzieci). Młodzi nie zaznają smaku życia z pracy własnych rąk, co zwykle mobilizuje do wysiłku i roztropności w wydawaniu ciężko zarobionych pie­niędzy. Życie na swój rachunek prowadzi do wzrostu odpo­wiedzialności i ogólnej dojrzałości, słowem – jest pożyteczne i rozwojowe. Utrzymywanie małżeństwa dzieci przez rodziców hamuje rozwój i sprzyja postawom roszczeniowym młodych. Sytuacja taka, zwłaszcza dla przyzwoitego mężczyzny pragną­cego być – w dobrym tego słowa znaczeniu – głową domu, jest psychicznie bardzo trudna. Nierzadko owocuje jego rozdraż­nieniem i pretensjami wobec wszystkich dookoła za sytuację, w której się znalazł. Paradoksalnie, pierwszymi obwinionymi są tu zwykle rodzice i teściowie. Czasem mężczyzna oskarża za wszystko siebie, zaniża samoocenę, zaburza zdrowe poczu­cie swojej wartości i… staje się nieznośny dla najbliższego otoczenia, nie wyłączając samego siebie. Poczucie finansowej zależności od teściów zawsze źle wpływa na rozwój relacji wewnątrz małżeństwa i na szczerość relacji z teściami. Byłem świadkiem sytuacji, gdy młodzi potrafili być uprzejmi, a na­wet przymilni dla teściów w chwili, kiedy odbierali pienią­dze, a za ich plecami, bez żadnego skrępowania, jawnie, wieszali na nich psy.

Wielokrotnie spotykałem się z tym, że rodzice łożąc na mał­żeństwo swych dzieci, stawiali warunki. Pół biedy, gdy były to warunki pozytywnie mobilizujące typu: „Płacimy, bo studiu­jesz, i chcemy, byś ukończył studia dla dobra twojego i twojej rodziny. Jeśli jednak zawalisz sesję, przestaniemy płacić". Poprzez ten warunek ewidentnie przejawia się troska o dal­sze losy rodziny założonej przez dziecko. Spotykałem jednak sytuacje, gdy rodzice łożący na życie małżeństwa studenc­kiego stawiali warunki nieuprawnione: „Pomagamy wam pod warunkiem, że nie urodzi się dziecko. Jeżeli się pocznie, możemy sfinansować «zabieg», ale urodzić wam nie wolno!". Oferty finansowania zabójstwa własnego wnuka nie będę ko­mentował.

Zdarza się również, że rodzice stawiają warunki, które nie są wyrazem jakiejkolwiek troski o dziecko, lecz jedynie posu­wającym się aż do szantażu sposobem na zachowanie nie­uprawnionego wpływu na życie małżeńskie ich dzieci. Jeden drastyczny przykład opisano powyżej, a szerzej zajmiemy się tym problemem w rozdziale mówiącym o „winach" teściów.

Pomoc finansowa świadczona przez teściów może być źró­dłem jeszcze jednego zagrożenia dla młodych małżonków. Sprzyja bowiem kształtowaniu się postawy roszczeniowej mło­dych. Im się po prostu wszystko za darmo należy. Przykładów takich spotkałem bardzo wiele. Bywało, że forma wyrażania roszczeń-żądań urągała elementarnym normom kultury ogól­nej, nie mówiąc o przykazaniu czci dla rodziców. Często, nie­stety, jest to przedłużeniem okresu dzieciństwa, w którym rodzice nie stawiali dzieciom żadnych wymagań, nie miały one do spełnienia nawet elementarnych obowiązków („ty się tylko ucz") i w konsekwencji nie miały okazji, by nauczyć się odpowiedzialności. Brak stawiania własnym dzieciom wymagań stosownych do ich aktualnego wieku jest dość powszechnym błędem wychowawczym. Często rodzice robią to programowo, dorabiając najróżniejsze ideologie usprawiedliwiające taką postawę: „Ja miałem ciężkie dzieciństwo, niech moje dziecko ma lepiej". Albo: „Stać mnie na to, by dziecko nie musiało pracować i wszystko może mieć ode mnie". Jakże smutne jest, że rodzice mający taką postawę często zupełnie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo krzywdzą własne dziecko, nie wdrażając go do podejmowania wysiłku, trudu. Wszak osobisty trud jest podstawą rozwoju osobowego i – co za tym idzie – spełnienia się w życiu i osiągnięcia szczęścia. Szczęście kupione na stra­ganie świata za pieniądze tatusia trwa chwilę. SZCZĘŚCIE praw­dziwe, zbudowane własnym trudem trwa wiecznie. Wierzący człowiek do własnego trudu dołącza łaskę, wówczas jego szczę­ście – świętość – dzięki Bożemu Miłosierdziu bardzo konkret­nie i dosłownie jest nieskończone i trwa wiecznie.