Zakaz odwiedzin

 

Wspominałem już o przypadku, kiedy to odrzucenie chłopa­ka nastąpiło przy pierwszym spotkaniu, gdy w domu przyszłych teściów pojawił się w szortach po wycieczce rowerowej. Otrzy­mał wówczas zakaz przekraczania progu tamtego domu i tym samym stracił szansę na zmianę wizerunku w oczach teścio­wej – bo to ona go jednoznacznie odrzuciła.

Opisany przypadek zdarzył pod koniec studiów, gdy młodzi już poważnie planowali małżeństwo. Jednak pierwsze „poważ­ne" sympatie zaczynają się zwykle dużo wcześniej, na pozio­mie szkoły średniej lub nawet już w gimnazjum. Błędem rodziców jest traktowanie tych pierwszych sympatii jako dzie­cinady, która im przejdzie. Trzeba pamiętać, że człowiek zako­chany, bez względu na to czy ma lat 14 czy 70, traktuje tę sprawę śmiertelnie poważnie. Mówienie mu, że to przejściowe, nie ma najmniejszego sensu, bo nie może przynieść żadnego dobrego owocu. Owszem, powinniśmy patrząc z zewnątrz, wie­dzieć, że czternastolatkowi rzeczywiście pewnie przejdzie, lecz trzeba zadbać, by odbyło się to bez większych szkód i ran. Je­żeli czternastoletnią sympatię syna czy córki wyrzucimy z domu z zakazem przekraczania progu naszego mieszkania, tracimy jakąkolwiek szansę wpływania na dalszy przebieg znajomości. Młodzi zapewne będą się spotykać potajemnie, co spotęguje romantyczność ich związku i kto wie, czy nie wyda się wszystko dopiero po przedwczesnym poczęciu dziecka. Zbyt wiele takich historii się dzieje wokół, by możliwość podobnego scenariusza z udziałem własnego dziecka beztrosko (by nie powiedzieć: bezrozumnie) wykluczać. Z kolei przyjęcie w domu wybranka serca swego dziecka stwarza szansę spokojnego, głębszego poznania. To poznawanie w atmosferze domu ro­dzinnego może również otworzyć młodym oczy na siebie. Zu­pełnie innymi drogami biegnie poznanie na dyskotece czy nawet na samotnym spacerze, a innymi na łonie rodziny, w do­mu rodzinnym jednego z narzeczonych. Zawsze zatem bez­pieczniej jest wpuścić do domu i przyjmować nawet na pierwszy rzut oka dziwacznych przyjaciół swych dzieci, niż zakazując wstępu, stracić kontakt z nimi, lecz w konsekwencji również z własnymi dziećmi.

A oto przykład pozytywny. Do domu bardzo przyzwoitego i religijnego, z pięciorgiem dzieci, przyszedł w celu wspólnej nauki kolega ze studiów syna. Na pierwszy rzut oka kwalifiko­wał się do odrzucenia. Włosy długie do ramion, poskręcane, mało (delikatnie mówiąc) zadbane. Ubiór dziwaczny i niedba­ły. Zachowania wbrew wszelkim obowiązującym konwenan­som. Słownictwo pasujące do reszty obrazu. Do tego od lat na bakier z wszelkimi praktykami religijnymi. Pani domu – matka rodziny potraktowała go życzliwie, (z pewnymi co prawda opo­rami), jak biedne, zaniedbane dziecko. Rzeczywiście tak było, chłopak pozostawiony sobie samemu, już w wieku 15 lat za­mieszkał w internacie przy szkole zawodowej. Potem techni­kum, studia, stale samopas, z dala od rodziny. Przyjęty w prawdziwej rodzinie, z ojcem, matką i kochającym się ro­dzeństwem, doznał swoistego olśnienia. Spędził wiele godzin w tym domu. Jadał tam, czasami po nauce lub pracy do późna sypiał. Zapragnął takiej rodziny dla siebie. Taką rodzinę chciał założyć. Postanowił zmienić swoje życie i czynił to z podziwu godnym uporem i konsekwencją. Powrócił do porzuconych przed wielu laty praktyk religijnych i zaczął wręcz gorliwie i z własnego wyboru, po dorosłemu praktykować. Odmienił wy­gląd i pomału, ale systematycznie zmienił swoje zachowanie i odnoszenie do innych ludzi. Po kilku latach ożenił się z jedną z sióstr swego kolegi. Teraz jest kochającym, troskliwym mę­żem i ojcem piątki udanych dzieci.