Trudność pokoleniowa

 

Rodzicom, nawet tym bardzo elastycznym i mądrym, nie­łatwo jest zaakceptować zachowania, styl bycia, słownictwo czy choćby sposób ubierania się nawet swych dzieci, a co dopiero wybranków ich serc. Wiem, jak w cichości cierpieli moi bliscy znajomi, gdy ich osiemnastoletni syn wszedł, a ra­czej wkroczył do domu dumnie i lekko prowokacyjnie ze srebrnym kolczykiem w uchu. Przetrzymali to dzielnie, nie­wiele komentując, a po dwóch latach znikł z ucha symbol „dorosłości i niezależności". Bywa, że dzieci np. fundują ro­dzicom muzykę, której zarówno jeśli chodzi o rodzaj, jak i gło­śność, rodzice nijak nie potrafią pokochać. Jednak nawet tak daleko posunięte dziwactwa własnych dzieci, jeżeli tylko nie niosą ze sobą zła moralnego, rozsądni rodzice akceptują, a w każdym razie tolerują, i jest to godne pochwały. Wiedzą, że w gruncie rzeczy ich dziecko jest dobre, a to, że ma aktu­alnie zielone włosy, trzeba po prostu przetrzymać. Tak więc rozsądna tolerancja wobec własnych dzieci bazuje na grun­townej znajomości dziecka, które nie jest takie złe, na jakie wygląda, albo nawet na jakie samo siebie – popchnięte przez obowiązujące mody – kreuje. Niestety, to, co rodzice są goto­wi wybaczyć rodzonemu dziecku, bywa niewybaczalne u przyprowadzonego do domu chłopaka (czy dziewczyny) swe­go dziecka. Tych nierzadko oceniają, oglądając jedynie „ze­wnętrze", i wydają natychmiastowy, nieprzychylny werdykt: „Nie do przyjęcia!".