Szczególnie drastyczna historia

 

Wspomniałem o historii, w której teściowa odrzuciła zięcia bez bliższego poznania, bo na wejściu nie spełnił jej marzeń i oczekiwań. (Przypomnę, że przybył na rowerze, w szortach i jako pierwszy wyciągnął rękę na powitanie. Pewnie jako kró­lewicz powinien przybyć na koniu [mercedesem], w królew­skich szatach i zaprezentować królewskie maniery). Otóż ta historia miała bolesny ciąg dalszy, który opisuję ku refleksji i przestrodze.

Mama dziewczyny była osobą zdecydowanie dominującą w domu. Od dawna umyśliła, jak będzie wyglądał ślub i wesele jej jedynego dziecka – ukochanej córki. Oczywistością dla niej było, że młodzi zamieszkają w pięknym i wielkim domu, w któ­rym mieszkała wraz z mężem, ale który przecież zbudowali dla córki. Byli z mężem ludźmi zamożnymi i zaradnymi. Umieli skorzystać z przynależności do elity miasteczka – czytaj: no­menklatury partyjnej (wydanie córki przypadło na lata osiem­dziesiąte XX wieku, lecz profity z „przynależności" czerpali przez długie lata wcześniej). Ślub miał się odbyć w kościele (rodzice od kilku lat, gdy „czasy się zmieniły", zaczęli jawnie uczęszczać do kościoła). Do ślubu mieli młodzi jechać w karecie (tak, tak!), a goście w powozach konnych. Miał to być ślub i wesele, jakiego miasteczko (a może cały świat) jeszcze nie widziało. Stroje miały być odpowiednio wystawne. Wstępnie mama mówiła o 400 go­ściach (spora część mieszkańców miasteczka). Mama miała wszystko w wyobraźni i w marzeniach od dawna poukładane.

Aż tu trafia się zięć nie pasujący do tej bajki. Co gorsza, młodzi (dość nierozważnie) autorytatywnie zdecydowali, że ślub i wesele odbędą się w mieście ich studiów, odległym prawie o 100 km od jej rodzinnego miasteczka. Tam też postanowili zamieszkać po ślubie, w wynajętym pokoju. A w ogóle wesele miało być skromne, bezalkoholowe, wyłącznie dla najbliższej rodziny. Tego już było za wiele! Nastąpiło kompletne odrzuce­nie narzeczonego i pełna blokada emocjonalna. Niestety, mło­dzi do ślubu nie wykazali żadnej elastyczności i widząc szykującą się tragedię, w najmniejszym stopniu nie zmodyfi­kowali swych planów. W końcu to ich ślub i wesele. Formalnie zapewne mieli jakąś rację, lecz z pewnością ich postępowanie nie było przepojone mądrością życiową.

Do czego to ostatecznie doprowadziło? Otóż rodzice nie byli na ślubie córki. Ojciec nawet chciał, lecz żona stanowczo mu zabroniła. Mało tego, zabroniła całej rodzinie. Jedynie ojciec chrzestny – wujek panny młodej złamał zakaz. Potajemnie, i to tylko w kościele, chowając się za filarami, by przypadkiem nie wpaść w obiektyw któremuś z fotografów. Od dnia ślubu mama pisze dramatyczne listy do córki, by natychmiast do niej przy­jechała, bo jest ciężko chora, prawie umierająca. Oczywiście ma przyjechać sama, bo w jej domu nigdy nie postanie noga „tego pana", z którym córka mieszka. Nigdy w liście nie pojawił się termin „mąż" czy „zięć". Zawsze jest „ten pan", często z do­danym niewybrednym epitetem…

Sytuację ową poznałem z relacji zbolałych młodych kilka lat po ich ślubie. Mimo licznych zabiegów, mama poszła w zaparte i zawzięta, w najmniejszym stopniu nie spuściła z tonu… nie­nawiści.

Oczywiście wszyscy są w tej sytuacji biedni, a najbiedniej­sza chyba mama-teściowa.