Kandydat rzeczywiście kiepski i źle rokujący

 

Niestety, często się zdarza, że zakochana osoba jest kom­pletnie zaślepiona i gotowa kierować się wyłącznie uczuciami czy nawet odczuciami. Wówczas jej rozumowanie przebiega w następujący sposób: jest przyjemnie – jest dobrze; jest bardzo przyjemnie – jest to wielka miłość. O zwodniczości takiego widzenia i kruchości takiego fundamentu miłości mówiliśmy już wcześniej. W tym względzie zdecydowanie bardziej nara­żone na nieroztropny wybór są kobiety. Wystarczy, że on w ja­kimś stopniu zaspokaja jej niespełnione pragnienia i tęsknoty uczuciowe, by uznała go za wspaniałego kandydata na męża. Te tęsknoty uczuciowe dotyczą najczęściej jej samej i są czy­sto egoistyczne. Chce być w oczach mężczyzny piękna i dobra, a więc podziwiana i adorowana. Czasem przerost tego pragnie­nia wynika wprost z kompleksów. W takich wypadkach „do­świadczeni" mężczyźni niestety, jak pokazuje życie, nie bez racji mawiają: „Wystarczy trochę pobajerować i dziewczyna jest twoja". Są jednak inne potrzeby uczuciowe, dla zaspokojenia których kobieta gotowa jest związać się z mężczyzną. Ot, choć­by bardzo piękna potrzeba opieki nad słabymi, biednymi, po­gubionymi życiowo. Ileż razy rozmawiałem z dziewczynami i dorosłymi kobietami, które wierzyły, że dzięki nim on prze­stanie pić, brać narkotyki albo nawet porzuci środowisko prze­stępcze. Wolno oczywiście kobietom pełnić takie misje, więcej -jest to nawet godne podziwu i chwalebne ale… No właśnie jest pewne „ale". Czy pomoc musi odbywać się poprzez wejście z „pacjentem" w małżeństwo? Czy wolno narażać własne dzieci w przypadku niepowodzenia „terapii"? Gdy w takich sytuacjach próbuję studzić zapały zakochanych kobiet, zazwyczaj słyszę: „Ale on beze mnie nie poradzi sobie, stoczy się na dno". Lub nawet: „Gdy odejdę, on popełni samobójstwo. Czasem dodają: „Już mi zresztą to powiedział. Jestem jego jedyną nadzieją. Nie mogę go tak po prostu zostawić. A w ogóle, jak się ożeni, to się odmieni". Wiara, że odmieni się na dobre wynika z myślenia życzeniowego i w gruncie rzeczy jest naiwnością. Rzecz jasna, cuda się zdarzają, lecz budowanie na tym przekonaniu jest nieroztropne. Gdy pytam taką kobietę: „Czy za dwadzieścia kilka lat zgodziłaby się pani, bez wahania, na małżeństwo cór­ki w analogicznej sytuacji?". Kobieta zwykle pochmurnieje, spuszcza głowę i milczy. Rzadko tylko przez łzy wypowie albo raczej wyszepce: „Nie".

Mężczyźni również mogą być zaślepieni, lecz dzieje się to głównie po linii pobudzenia i pożądania. Bywa, że kobiety z pre­medytacją uwodzą i za cenę cielesnej przyjemności wiążą ze sobą nieraz bardzo młodych i skądinąd porządnych mężczyzn. Zdarza się nierzadko, że mężczyźni swe wielkie pragnienie zbliżenia cielesnego wywołane podnieceniem traktują jako widomy dowód na to, że „jesteśmy dla siebie stworzeni". Uznają swój stan pożądania na etapie zdobywania kobiety za wielką miłość. Nieraz po osiągnięciu celu z prawdziwym zdziwieniem stwierdza, że ta „wielka miłość" jakoś gwałtownie osłabła. Bywa, że chłopak namawiając do współżycia, opowiada szczerze o wielkiej miłości, a już następnego dnia po współżyciu potrafi powiedzieć: „Wiesz, nie wiem, co się stało, ale ja już ciebie nie kocham".

Tak więc zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą być zaśle­pieni, decydując się na małżeństwo z osobą naprawdę nieod­powiednią. Nieodpowiednią zarówno na męża czy żonę, jak i na ojca czy matkę przyszłych dzieci. Z prawdziwą miłością i decyzją o małżeństwie związana musi być odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za los przyszłych dzieci.