Jeszcze nie teraz

 

To jest chyba najpowszechniejszy problem ujawniający się przy wychodzeniu dzieci z domu. Z taką postawą rodziców (zwłaszcza kochających mamuś) spotykałem się wielokrotnie, i to zarówno w chwili, gdy dziecko miało rzeczywiście niewiele latek (np. 18), jak i wtedy, gdy synek był dawno po studiach i miał skończonych lat… 30. Znam przypadek uczuciowego związania syna z matką tak, iż mimo ukończonych 35 lat i zna­jomości ze wspaniałą kobietą – kandydatką na żonę – syn nie może (albo nie wolno mu) zdecydować się na małżeństwo. I pew­nie tak już będzie, dopóki matka będzie żyła. Znam także sy­tuację odwrotną. Oto syn jedynak z własnej inicjatywy odkładał małżeństwo do śmierci rodziców. Tłumaczył to długiem, który ma do spłacenia wobec rodziców. Rzeczywiście, ożenił się po czterdziestce, dopiero po śmierci obojga rodziców.

Gdy w domu są dorastające córki, zwłaszcza po zakończe­niu przez nie nauki nie ma zazwyczaj tego problemu. Wówczas mamusie bardziej boją się ich staropanieństwa, niż wyjścia z domu. Niestety, do staropanieństwa przypięta jest łatka, że „to niby taka, której nikt nie chciał". Takie, dość powszechne mniemanie, popycha niejednokrotnie dziewczyny do despe­rackich decyzji o małżeństwie z mężczyznami, którzy zupełnie nie nadają się ani do pełnienia roli męża, ani do roli ojca. Myślę, że warto ukazać jako piękną i podziwu godną postawę dziewczyny, która nie znalazłszy odpowiedniego kandydata na męża i ojca swych dzieci, wybrała życie samotne. O ileż jest to wartościowsze i szlachetniejsze od egoistycznej i naiwnej zarazem ucieczki od staropanieństwa w związek z byle kim (nie powinno się tak mówić o człowieku, ale niestety tak bywa). Skutkiem takiego związku są późniejsze tragedie nie tylko nieroztropnych żon, ale zupełnie niczemu nie winnych dzie­ci. Jest to z pewnością wczesną przyczyną wielu późniejszych rozwodów i wynikających z nich wszystkich tragicznych na­stępstw.

Nie podejmuję się autorytatywnie określić, jaki wiek czy jaka sytuacja życiowa jest najlepszym czasem do wejścia w mał­żeństwo. Jednak wydaje się, że młodzi często nieroztropnie chcą się pobrać rzeczywiście przedwcześnie, podczas gdy ich rodzice nierzadko chcieliby ten moment opóźnić, nieraz za wszelką cenę i pod byle pretekstem, aż po granice rozsądku. Prawda tkwi jak zwykle gdzieś pośrodku i rozsądnie byłoby, gdyby młodzi i rodzice uwzględniali zdania obu stron i kory­gowali pierwotne, własne plany. Coraz częściej, zwłaszcza w środowiskach osób uczących się (studenci), małżeństwa za­wierane są jeszcze w trakcie nauki. Tu w jakimś sensie zrozu­miały jest niepokój rodziców, że dzieci nie dokończą nauki, nie zdobędą zawodu i zmarnują planowaną karierę życiową. Rzeczywiście, sytuacja małżeństw studenckich nie jest łatwa, wymaga poświęcenia i pewnego reżimu, tak młodych, jak i ich rodziców. Na pocieszenie rodzicom mogę powiedzieć, że znam sporo małżeństw rozpoczętych przed końcem studiów, które zwycięsko wyszły z tej próby życiowej.