Niedojrzałość rodziców

Wychowanie religijne wnuków

 

Dziadkowie mogą odegrać ważną rolę w wychowaniu reli­gijnym wnuków. Oni, mający zwykle więcej czasu wolnego niż rodzice, mogą dać dzieciom naprawdę ogromnie dużo. Nie sposób przecenić udziału dziadków w wychowaniu religijnym wnuków. A jednak nie wolno dziadkom zastępować rodziców, a tym samym zwalniać rodziców od wychowania religijnego swych dzieci. I znowu często jest to ciężka próba wobec nie­rzadko naprawdę malejącej gorliwości religijnej młodych mał­żeństw, a nawet wobec całkowitego odejścia od praktyk religijnych. Lecz nawet wówczas pierwszą troską dziadków powinno być nawrócenie swych dzieci – rodziców ich wnu­ków, a nie zastąpienie ich w wychowaniu religijnym własnych dzieci. Wiem, że jest to problem trudny i bolesny. Wydaje się jednak, że wielu dziadków zbyt łatwo godzi się z odejściem od Boga ich dzieci, synowych czy zięciów i wyręcza ich, próbując zastąpić w wychowaniu religijnym dzieci. Może rekompensują sobie to, że im się nie udało dobrze wychować do wiary swoich dzieci, które teraz okazują obojętność religijną? Niestety, jedy­nie próbują ich zastąpić, rodzice bowiem są tu niezastąpieni. Czasami odnoszę wrażenie, że dziadkowie uważają, iż oni le­piej wychowają religijnie wnuki i odbierają ten teren rodzi­com, którzy z powodzeniem mogliby wypełnić swe role… Czasami nie akceptują rodzaju pobożności swoich dzieci, wyda­je się, że tylko ich jest właściwa.

Kolejny przykład: obserwowałem w swoim czasie taki ciąg wydarzeń. Oto babcia przywoziła co niedzielę na mszę św. swego niespełna półrocznego wnuka. Myślałem sobie: „Przyzwyczaja­nie dzieci od maleńkości do niedzielnej mszy św. to ogólnie dobra rzecz". (Oczywiście można dyskutować, od jakiego wie­ku najlepiej zacząć. Zdania są podzielone. Jedni mówią o świa­domym udziale, inni o wczesnym przyzwyczajaniu. Niektórzy podkreślają, że dziecko może przeszkadzać dorosłym w modli­tewnym skupieniu, inni zauważają, że na mszy św. specjalnej dla dzieci dorośli muszą się z tym liczyć. Nie rozstrzygając tego sporu, powróćmy do omawianego przykładu). Zdziwiony byłem tym, że babcia systematycznie, bez względu na pogodę przywo­ziła wnuczka na mszę św. Trochę mi tylko brakowało rodziców dziecka. Może jakieś trudności obiektywne? Po kilku miesią­cach pojawiła się matka dziecka – bardzo młoda kobieta, wy­glądająca na uczennicę liceum. Widać było, że niezbyt dobrze czuła się w kościele. Myślałem sobie: „Dzielna babcia, swoim postępowaniem nie tylko wnuczka, ale i córkę przyprowadziła do kościoła". Trochę mnie niepokoiło, że w kontakcie z chłop­cem dominowała babcia, nie mama. Wnuczek był na rękach czy kolanach u babci, a mama obok. Kilka tygodni później pojawił się w kościele ojciec dziecka. On wjechał wózkiem, obok żona. Pełen sukces – rodzice z dzieckiem w kościele. Ewidentnie stało się to z inicjatywy babci. Najchętniej prze­rwałbym w tym miejscu opowieść, wszak wszyscy lubimy happyendy. A jednak wydarzyło się coś, co jako przestrogę muszę opowiedzieć. Młody ojciec był dość usztywniony, niepewny, gdy znalazł się z dzieckiem na samym przedzie kościoła. Pew­nie dawno tu nie był, a jeżeli już, to pewnie stał pod chórem. Może właśnie dlatego, że sam był napięty, gdy wziął na ręce synka, który właśnie zapłakał, by go uspokoić, dziecko zaczęło przeraźliwie szlochać. Zareagowała matka, próbując je uciszyć, nie zabierając synka z rąk męża. I w tym momencie wkroczyła do akcji babcia. Wyrwała, chciałoby się rzec, brutalnie, dziec­ko z rąk zięcia, karcąc go surowo wzrokiem bazyliszka i po chwili utuliła kochanego wnuka w swych ramionach. Styl, w jakim zareagowała teściowa, był dla mnie porażający. Młody ojciec z trudem i nie do końca udolnie hamował wściekłość. Mnie, jako mimowolnemu świadkowi, było okropnie głupio. Efekt był taki, że nigdy więcej nie ujrzałem w kościele rodzi­ców dziecka. Babcia przychodzi regularnie, dziecko ma już ponad rok, ale rodzice zostali skutecznie spłoszeni.

Podsumowując te krótkie rozważania na temat udziału teściów-dziadków w wychowaniu religijnym ich wnuków, chciał­bym podkreślić raz jeszcze, że włączanie się dziadków w wychowanie religijne może być nieocenionym wsparciem, lecz zastąpienie rodziców dziecka w tym względzie stwarza dramatyczne zagrożenie. Bez przykładu rodziców dzieci, mó­wiąc w skrócie, wzrastają w przekonaniu, że wiara jest dla dzieci i starców. I wówczas głoszone w masowym przekazie poglądy tego właśnie pokroju trafiają w sercu dorastającego dziecka na podatny grunt. Młodzi rodzice często nie zdają sobie sprawy, że dziecko tworzy sobie obraz Boga, obserwując wła­snego ojca. Ojciec niewierzący przeważnie nie przestrzega zasad wiary zawartych w przykazaniach, co zresztą zwykle jest pier­wotne względem jego „świadomej" decyzji odejścia od Boga. Gdy bowiem życie zaczyna wyraźnie odbiegać od przykazań Bożych, człowiek ma dwa wyjścia: albo zmienia życie, podda­jąc się na powrót przykazaniom, co zawsze wymaga osobistego trudu, albo „odwołuje" przykazania, oświadczając, że go nie obowiązują, bo jest niewierzący. To drugie, co prawda, można zrobić bez żadnego wysiłku, lecz naprawdę jest tylko złudze­niem. Nie może bowiem stworzenie odwołać praw wpisanych w jego naturę przez Stwórcę. Może jedynie ogłosić, że Boga i jego praw nie ma, lecz w żadnym stopniu to nie wpłynie na obiektywność istnienia Boga Stwórcy. Rzeczywistości obiek­tywnej nie kreuje się przez głosowanie. Ona po prostu istnieje lub nie, a człowiek może mieć jedynie na jej temat mniej lub bardziej trafne mniemanie.

Jest jeszcze możliwa trzecia postawa ludzi, których życie istotnie mija się z zasadami wiary. Otóż podważają oni misję Kościoła w przekazie wiary i próbują głosić, wbrew oczywiste­mu przekazowi Pisma świętego, że zasady te wymyślił Kościół. Powstaje wówczas dziwoląg: wierzący niepraktykujący. Coś jakby: żyjący nieoddychający. Jest to twór niespójny wewnętrz­nie, chciałoby się rzec – schizofreniczny, powstały z pragnienia zachowania dobrego samopoczucia (mam „swojego" Boga) i życia według własnych przykazań. Słowem – „róbta, co chceta".

Jakakolwiek jest geneza odejścia ojca od Boga i życia „wol­nego" od przykazań, w dziecku tworzy się karykaturalny obraz Boga, który w okresie dojrzewania najprawdopodobniej odrzu­ci. „Jeżeli Bóg jest taki, to ja w niego nie wierzę!". Tragedią jest to, że młody człowiek nie poznawszy, jakim jest Bóg naprawdę, odrzuca go na podstawie fałszywego, karykaturalnego obrazu. Boga prawdziwego poznawszy choć trochę, Boga nieskończo­nej Miłości i Miłosierdzia nikt rozumnie nie odrzuci. Widzimy, jak dalekosiężne dla dziecka, bo sięgające wprost w wiecz­ność, skutki ma brak przykładu postawy wiary u ojca. Spotka­łem się z przypadkiem, gdy sześcioletnie dziecko spytało mamę: „Kiedy ja będę miał wąsy i brodę?". Mama zdziwiona pytaniem zagadnęła: „A dlaczego o to pytasz?". Malec odpowiedział: „Bo wtedy, tak jak tatuś nie będę musiał iść do kościoła i całą niedzielę będę mógł oglądać telewizję".

W każdym człowieku wiara dojrzewa, przechodzi przeobra­żenia. Na początku bazuje na autorytecie ludzkim rodziców (oby), dziadków… W pewnym momencie, by być dojrzała, musi się oprzeć o autorytet samego Boga. Wierzę ze względu na Boga, a nie ze względu na otoczenie. Ta przemiana jest niełatwa, a brak przykładu dojrzałej wiary u własnego ojca dodatkowo ją utrudnia. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że brak przy­kładu ojca nie uniemożliwia jednak osiągnięcia dojrzałej wia­ry u dzieci. Jest to jednak bardzo trudne, prawie graniczy z cu­dem. I o ten cud właśnie powinni gorliwie i wytrwale modlić się dziadkowie dla swych wnuków nie mających przykładu postawy dojrzałej wiaty w swych rodzicach. Można tu przywo­łać przykład św. Moniki, która całymi latami modliła się wy­trwale o nawrócenie swego syna. Latami przez łzy oglądała zachowania syna, które były coraz gorsze i po ludzku nie da­wały żadnej nadziei na nawrócenie. A jednak nie ustawała w wytrwałej modlitwie i wymodliła nie tylko nawrócenie, ale i świętość wielkiego Doktora Kościoła – św. Augustyna.

Myślę, że jest w pełni uprawniony apel do dziadków-teściów, by mniej ochotnie wyręczali w wychowaniu religijnym wnu­ków swoje dzieci – synów, córki, synowe, zięciów, a bardziej gorliwie, wytrwale i ufnie modlili się o nawrócenie ich sa­mych. Pożytek z nawrócenia rodziców dla rodziny byłby nie­oceniony zarówno w kategoriach doczesnych, jak i wiecznych.

Udział teściów w wychowywaniu wnuków

 

Teściowie-dziadkowie w wychowaniu wnuków mają ogrom zadań do spełnienia. Dzieci pozbawione miłości dziadków są jakby z czegoś odarte, jakby okaleczone, pozbawione pełni. Dziadkowie mogą być nieocenieni w sytuacji, gdy zabraknie jednego z rodziców. Przykładowo, w przypadku braku ojca (nie wnikam tu, z jakiej przyczyny) wzorcem męskości może być dla dziecka dziadek, zwłaszcza gdy jest w oczach dziecka au­torytetem i (co również jest ważne) zachował zdrowie i elemen­tarną sprawność fizyczną. To ważne dla wszystkich samotnych matek, że ich ojcowie, a dziadkowie dziecka mogą w pewnym stopniu rekompensować brak ojca. Powiedzenie antropologów, że zabicie babci zabija kulturę, wiele mówi o roli starszego pokolenia w przekazywaniu tradycji: rodzinnych, narodowych, religijnych, historii, obyczaju.

Ponadto teściowie mogą być – w najlepszym tego słowa zna­czeniu – użyteczni w codzienności. Ich pomoc może okazać się bezcenna, zwłaszcza wobec coraz powszechniejszej pracy zawodowej obojga rodziców. To wszystko prawda, ale… Teścio­wie nie mogą, więcej – nie wolno im zastępować rodziców w wychowaniu dzieci. Nie wolno im również stawać ponad ro­dzicami i wbrew ich woli decydować o wychowaniu dzieci. Niepodważalną prawdą jest, że to rodzice powinni być pierw­szymi i najważniejszymi wychowawcami swych dzieci. Rodzi­ce mają do tego prawo i jednocześnie są do tego zobowiązani. Ich zobowiązanie wobec dzieci jest niezbywalne, to znaczy, że nie wolno im się go zrzec (wielkim smutkiem napawa sytuacja, gdy rodzice zrzekają się wychowania, oddając dzieci do domu dziecka). Dla wierzących wychowanie dzieci jest zobowiąza­niem wobec Boga samego. Zaciągnęli je, gdy w ramach zawie­rania sakramentalnego związku małżeńskiego w Kościele odpowiedzieli: „Chcemy" na pytanie zadane przez kapłana: „Czy chcecie z miłością przyjąć i po katolicku wychować potom­stwo, jakim was Bóg obdarzy?".

Dla wierzących zobowiązanie do wychowania własnych dzieci powinno być szczególnie głębokie. Bo skoro sam Bóg wybrał ich na rodziców i tym samym wychowawców dla ich dzieci, to widocznie Bóg uznał, że to właśnie oni się do tego najlepiej na świecie nadają. Może to być źródłem ogromnej otuchy przy przeżywaniu trudności wychowawczych. Jedno­cześnie Bóg, powierzając w pewnym sensie swoje stworzenie – dziecko rodzicom, obdarzył ich ogromnym zaufaniem, niezwy­kle zobowiązującym. To z kolei powinno być źródłem motywacji do podjęcia wysiłku, by temu zaufaniu sprostać, nie zawieść go.

Zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno jest dziadkom patrzeć na sytuacje, gdy ich dzieci, synowe czy zięciowie, popełniają ewidentne błędy wychowawcze, gdy cierpią na tym ich wnuki. A jednak nie wolno im stanąć na miejscu rodziców i oczywi­ście nie wolno im działać wbrew woli rodziców, za ich plecami. Mogą jedynie ukazywać popełniane, ich zdaniem, błędy, wspie­rać rodziców dziecka w dorastaniu do mądrego i odpowiedzial­nego rodzicielstwa. Zupełnie nieuprawnione, choć niestety nierzadkie są poczynania wobec wnuków, kończące się słowa­mi: „Tylko nic nie mów rodzicom, co babunia (dziadek) z tobą robili".

Mówimy, że dobro dziecka nie upoważnia dziadków do sta­wania ponad rodzicami nawet w chwili, gdy oni błądzą. Zdarza się jednak nierzadko, że dziadkowie zaślepieni uczuciami błądzą i wyrządzają krzywdę wnukom. Przyjęło się nawet po­wiedzenie, że rodzice są do wychowywania, a dziadkowie do rozpieszczania. Tu namawiałbym do przymknięcia oka na drob­ne rozpieszczanie, będące rzeczywiście niepisanym przywile­jem dziadków. Są jednak sytuacje, w których rodzicom przy­mknąć oka nie wolno. Przykład: trójka małych dzieci cierpi na alergie pokarmowe. Jednym z silniejszych alergenów jest ka­kao. Cała trójka bije rekordy poradni w wysokości odczynu aler­gicznego na czekoladę. Rodzice ze spokojną, niezachwianą stanowczością odmawiają dzieciom wszelkich wyrobów czeko­ladowych. Nie wolno ich nawet tknąć! I oto babunia, za plecami rodziców, daje dzieciom czekoladki. Bo przecież krzywda się dzieje dzieciom. A poza tym niech wnuki wiedzą, że babunia je kocha, bo dała im pyszne czekoladki, których rodzice nie dają. Gdy do tego dodać, że babcia jest lekarzem, to ręce opadają!

Dzieją się takie rzeczy, gdy w teściowej-babci nad dojrzałą miłością, która kieruje się dobrem wnuków, zwycięża niedoj­rzała, tkliwa czułostkowość, która jest nastawiona na przy­jemność dziecka i własną, płynącą ze sprawiania dzieciom przyjemności. Jak wiadomo, przyjemność nie zawsze prowa­dzi do dobra, a często bywa wręcz jego zagrożeniem.

Ingerencja w czas poczęcia i liczbę wnuków

 

Sprawa wnuków zasługuje na odrębne potraktowanie. Za­nim jednak zajmiemy się powszechnie znanym problemem ingerencji w wychowanie, zauważmy jeszcze wcześniejszą, sięgającą już nawet planów poczęcia dziecka, a dla teściów – wnuka. Wielokrotnie spotykałem się z zupełnie nieuprawnioną ingerencją teściów już na tym etapie. Wspomniałem już o sytu­acji, gdy teściowie, finansując małżeństwo studenckie, zakazy­wali poczęcia dziecka. A w razie niezaplanowanego poczęcia żądali zabicia swego wnuka, oferując w razie „potrzeby" sfinan­sowanie wykonania wydanego przez nich wyroku śmierci.

Ostatnio spotkałem się ze zrozpaczoną parą narzeczonych, którzy przy pierwszym spotkaniu rodziców obu stron zostali solidarnie przez nich wyśmiani, gorzej – wyszydzeni, gdy oświadczyli, że planowanie poczęć kolejnych dzieci zamie­rzają oprzeć na znajomości naturalnych metod rozpoznawania płodności.

Wielokrotnie spotykałem się z przypadkami, kiedy teścio­wie ingerowali, posuwając się nawet do szantażu, zarówno w planowany czas poczęcia, jak i w planowaną liczbę dzieci. Niestety, naciski biegną zwykle w kierunku opóźniania po­częcia pierwszego dziecka i ograniczenia liczby potomstwa w „tak trudnych czasach i warunkach". Zresztą nacisk na ogra­niczenie liczby potomstwa jest szeroki, niemalże ogólnospo­łeczny. Rodziny zaledwie z trójką dzieci wielu traktuje jako wielodzietne. Nieraz rozmawiałem z małżeństwami, które bały się powiedzieć rodzinie i znajomym, że poczęło się im raptem trzecie dziecko (nie mówiąc o czwartym czy o jeszcze wyższym „numerze" kolejnym).

Sam spotykałem się z tym negatywnym nastawianiem do liczniejszego potomstwa. Ponieważ wspólnie z żoną uczymy metod naturalnych, często spotykamy się z pytaniem: „A pań­stwo ile mają dzieci?". Odpowiedź, że troje, nierzadko była przyjmowana jako oczywisty dowód nieskuteczności metod. Nawet bez złej woli wielu ludzi nie dopuszcza myśli, że można dobrowolnie chcieć mieć „aż" trójkę dzieci. Z czasem nauczy­łem się odpowiadać: „Niestety, tylko trójkę, ponieważ długo czekaliśmy na poczęcie pierwszego. Ale cieszymy się ogrom­nie, że chociaż trójkę możemy obdarzyć miłością i wychować".

Pewnie w tym biednym, tak bardzo odartym z miłości do dzieci świecie trzeba by uczyć się reakcji obronnych w przy­padku napaści z zewnątrz z powodu „zbyt licznego" potom­stwa.

Młoda matka z czwórką małych dzieci została zaczepiona na ulicy przez obcą kobietę. Na pytanie zadane z wyraźną niechę­cią, pogardą, niemal agresją nieukrywaną w tonie: „To wszyst­ko pani?", odpowiedziała bez namysłu: „Tak, i będą pracowały na pani emeryturę". Młody ojciec, któremu pierwsze dziecko urodziło się 11 miesięcy, a drugie niecałe 2 lata po ślubie, atakowany przez całe środowisko w pracy (sami inteligenci), odpowiedział ze spokojem: „Na piątą rocznicę ślubu planujemy piątkę". Skończyły się docinki wobec tak jednoznacznej i sta­nowczej deklaracji. Odnotuję, że nie wypełnili planu, bo do­piero 3 tygodnie po piątej rocznicy urodziły się bliźniaki – piąte i szóste dziecko. Dziś cieszą się jedenaściorgiem wspa­niałych, otoczonych miłością dzieci. Dzieci pięknie się rozwi­jają i z pewnością nie zasilą szeregów patologii społecznej, przeciwnie – są i będą coraz większym kapitałem dla społecz­ności, w której żyją.

Nie chcę w tym miejscu powiedzieć, że każde małżeństwo powinno mieć jedenaścioro dzieci. Większości nie stać na to przede wszystkim psychicznie, nie mówiąc o stronie material­nej. Chcę jednak zauważyć, że w dziedzinie przekazywania życia zaczyna dominować małoduszność, wręcz skąpstwo. Dowodem na to jest ujemny od kilku lat przyrost naturalny w Polsce. Kościół -wzywa, do roztropności i wielkoduszności za­razem. Właśnie hasłem roztropności wielu zasłania swą mało­duszność i egoistyczną niechęć do podjęcia trudu wychowa­nia liczniejszego potomstwa.

Choć zdarza się, że młode małżeństwo na starcie pragnie mieć kilkoro dzieci, to często zapały ich tłumione są przez „roztropne" otoczenie, wśród którego nierzadko prym wiodą rodzice i teściowie – dziadkowie niechcianych przez siebie wnuków. Moi teściowie oczekują właśnie na urodzenie trzy­dziestego (!) wnuczęcia. Wnuki w ich życiu są przedmiotem radości, szczęścia i dumy. Jakże biedni są ci, którzy sami się tej radości pozbywają.

Urządzanie młodym życia według pomysłu teściów

 

W każdym normalnym człowieku istnieje naturalna skłon­ność, by osobom bliskim, kochanym podpowiadać rozwiązania sprawdzone jako dobre we własnym życiu. Nie ma w tym nicze­go złego, więcej – jest to normalne i prawidłowe. Niestety, ta prawidłowa chęć podpowiedzi przeradza się nierzadko w dyk­tat, narzucanie najlepszych i jedynie słusznych rozwiązań. Wiele, zwłaszcza nie panujących dostatecznie nad uczuciami, mamuś ulega pokusie narzucania swych pomysłów jako obiek­tywnie najlepszych rozwiązań, które muszą przynieść szczę­ście młodym. Oczywiście wypełnianie pomysłów cudzych, nawet dobrych, nie może dawać tej radości, którą niesie ze sobą wła­sne, nawet okrężne dochodzenie do optymalnego rozwiązania. Te pomysły kochających mamuś dotyczą nieraz najdrobniej­szych szczegółów. Przykładowo, teściowa postanowiła sfinan­sować zakup kafelków do łazienki pod warunkiem, że to będą te niebieskie, które upatrzyła w sklepie.

Opowiem szerzej o innym przykładzie z życia: matka po odejściu męża wychowywała samotnie córkę od 11. roku jej życia. Dzielna kobieta w ciężkich czasach (lata 70. XX wieku) okazała się bardzo zaradna życiowo i dawała sobie nieźle radę. Miedzy innymi załatwiła dla siebie i córki duże mieszkanie. Po kilku latach na horyzoncie pojawił się chłopak, którego matka w pełni zaakceptowała. Nareszcie, jakże potrzebny mężczyzna w domu! Młodzi szybko doszli do ślubnego kobierca (po wcze­śniejszym poczęciu dziecka). Mama oddała dzieciom osobny pokój na wyłączne użytkowanie. Były to czasy, w których nic nie można było kupić, lecz wszystko można było „załatwić". Oczywiście doświadczona mamusia, mająca rozliczne znajomo­ści w odpowiednich urzędach i na odpowiednich stanowiskach, miała ogromną przewagę nad bardzo młodymi małżonkami, dopiero wchodzącymi w dorosłe życie. Toteż załatwiła młodym wszystko. Obrączki (przeszmuglowane z ZSRR), lokal i jedzenie na wesele, wreszcie meble do pokoju młodych. Poszło o te me­ble. Mamusia załatwiając meble, dokonała wyboru osobiście, nawet nie pytając o zdanie młodych. Powinni się cieszyć, bo sami przecież niczego by nie załatwili. Panowie wnieśli meble i ustawili w pokoju według szczegółowej instrukcji mamusi. Być może było to rzeczywiście optymalne ustawienie. Być może mamusia nie dosypiała po nocach, by wymyślić, jak młodym będzie najwygodniej. Być może przewidziała rzeczy i okoliczno­ści, których niedoświadczeni młodzi nie byli w stanie uwzględ­nić. Być może… Ale było to jej ustawienie, nie młodych. Zięć chciał przestawić symboliczny mebel – tapczan w inne miejsce. Teściowa nie pozwoliła. Nie powstrzymała się przy tym, niestety, od wykładu, że to ona wszystko załatwiła, zapłaciła, że to prze­cież w końcu jej mieszkanie. Zięć został okrzyknięty niego­dziwcem i niewdzięcznikiem. Wściekł się i odszedł z domu, od teściowej i żony. Sprawa trafiła do poradni w miesiąc po ślubie.

W innym znanym mi przypadku zdesperowany zięć wyrzu­cił z wysokiego piętra, przez balkon, szafę tylko dlatego, że kupiła ją teściowa, a on nie chciał pozwolić, by ona mu meblo­wała mieszkanie. W żadnym razie nie chcę pochwalać takich zachowań. Chcę jedynie pokazać, że ingerencja teściów – na­wet w najlepszej wierze – w urządzanie życia młodym może wywołać wszelkie negatywne emocje zwłaszcza w młodym mężczyźnie, który pragnął być panem domu.

Powyżej wspomniałem o meblowaniu mieszkania młodym, jest jednak bardzo wiele innych obszarów, na których doko­nują się niepożądane ingerencje w życie młodego małżeństwa. Może to dotyczyć np. spędzania urlopów: teściowie, nie pytając o zdanie, robią młodym niespodzianki wykupując im wczasy, a nawet wycieczki zagraniczne. Innym terenem ingerencji teściów są wnuki i ich wychowanie.

Wesele

 

Wesele, jak sama nazwa wskazuje, powinno być czasem radości i weselenia się. Niestety jest często źródłem konfliktów na linii młodzi-teściowie. Generalnie zachęcam obie strony konfliktu do elastyczności i uwzględnienia życzliwie i z wyro­zumiałością postulatów drugich. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że wizje ślubu i wesela swych dzieci rodzice (zwłaszcza bardziej emocjonalne mamy) układają sobie nieraz latami, na zapas. Nakłada się na to tradycja rodzinna, pamięć własnego ślubu i wesela. Z kolei młodzi bardzo pragną zaaranżować te ważne wydarzenia po swojemu. Oni też mają swoje wyobraże­nia i marzenia. Ujawnia się więc w jakimś stopniu zderzenie wykluczających się dążeń, czyli konflikt nieunikniony. Sam konflikt jest czymś normalnym, dającym szansę rozwoju przez samoograniczenie i liczenie się z innymi. Niebezpieczne jest niewłaściwe rozwiązywanie konfliktów, bez liczenia się z dru­gim, a więc bez miłości. Często kończy się (gdy zabraknie mądrego, który ustąpi) pójściem w tzw. zaparte. Wówczas naj­bliżsi potrafią ziać nienawiścią ku sobie, obrażać się, zrywać kontakty… Słowem – dzieją się straszne i bolesne rzeczy.

Źródłem konfliktu przy ustalaniu ślubu i wesela może być (jak pokazuje doświadczenie) dosłownie wszystko. Parafia, w któ­rej ma się odbyć ślub, a nawet wybór kapłana błogosławiącego zawierane małżeństwo. Ubiór, uczesanie, długość welonu, bu­kiet panny młodej, dekoracja kościoła, treść zawiadomień i za­proszeń, liczba i dobór gości, a nawet sposób ich zapraszania i wybór miejsca dla nich przy stole. Bywa, że młodzi w ogóle chcą zrezygnować z wesela, podczas gdy rodzice za punkt honoru stawiają sobie, by weselisko było wielkie i huczne. Oczywiście wybór miejsca na wesele dość często bywa przed­miotem niezgody. Dalej, z tańcami czy bez, a jeżeli z tańcami, to orkiestra czy muzyka z odtwarzaczy. I wreszcie alkohol! Ta sprawa wywołuje bodaj najwięcej emocji. Coraz częściej zdarza się, że młodzi pragną urządzić wesele bezalkoholowe. Jest to przeważnie skutkiem ich pogłębionej formacji (np. przez ruch oazowy) lub wynika ze zwykłej obawy, zwłaszcza gdy wśród najbliższych są osoby nadużywające alkoholu. Dla wielu ro­dziców alkohol to niemalże punkt honoru. Zwykle rodzice pana młodego lub on sam dostarczają wódkę i zwykle, by nie wyjść na skąpców lub biedaków, dostarczają jej w nadmiarze. W re­zultacie pomysł młodych na wesele bez alkoholu jest przez rodziców często kategorycznie odrzucany, bywa, że wpadają w panikę! Co sobie o nich pomyślą, co będą mówili? Te obawy są szczególnie silne w środowiskach wiejskich, gdzie wszyscy wszystkich znają i pewnie do końca życia będą skąpców wyty­kać palcami.

Do problemu alkoholu należy podejść spokojnie, z dużą rozwagą. Do końca należy negocjować, by osiągnąć nawet trud­ny kompromis. Postawienie na swoim zdecydowanie wbrew woli rodziców zwykle młodzi długo i ciężko odpokutują. Może podam dwa przykłady rozwiązania powyższego konfliktu z życia wzięte.

Środowisko wiejskie. Rodzice obu stron zgodnie odrzucili pomysł wesela bezalkoholowego. Co sąsiedzi powiedzą? Dla młodych było to ważne, lecz nie wymusili zgody siłą. Trwały negocjacje. Wymyślano coraz to nowe pomysły. Wreszcie usta­lono (za oporną zgodą rodziców), że ślub będzie zawierany w sierpniu (wezwanie prymasa do abstynencji), w Częstocho­wie, przed cudownym obrazem. Wielkie wzruszenie dopełnio­ne zostało specjalnym błogosławieństwem samego biskupa dla młodych, którzy przykładnie zdecydowali się na wesele bezal­koholowe. Tu niechęć wierzących rodziców przemieniła się w dumę! Ostatnie lody puściły. Wesele było wspaniałe. Wszy­scy się doskonale bawili, mimo że nie było nawet kieliszka szampana.

Drugi przykład. Młodzi, zdeklarowani abstynenci, nie wy­obrażali sobie alkoholu na ich weselu. Rodzice przeciwnie, nie wyobrażali sobie wesela bez alkoholu. Doszło do ostrego konfliktu. Młodzi przyszli się radzić. Uzmysłowiwszy sobie, do czego może doprowadzić ich upór, postanowili szukać kompro­misu. I wymyślili: oto przy stole biesiadnym nie było kropli alkoholu. Jednak alkohol był… w sąsiednim pokoju. Trzeba było wstać od stołu, przejść do drugiego pokoju, poprosić bar­mana i wypić tam, na miejscu. Nie było żadnych ilościowych i jakościowych ograniczeń (spory wybór), tyle że nikt sam sobie nie nalewał i nie przymuszał sąsiadów słowami: „Co, ze mną nie wypijesz?". Młodzi relacjonowali to po weselu z wielką radością i zadowoleniem ze swego pomysłu. Nikt nie mógł powiedzieć, że poskąpili. Ale też nikt nie był nawet podpity, a alkoholu poszło niespodziewanie mało.

Udział teściów w podejmowaniu decyzji przez młodych

 

Słyszałem kiedyś zdanie, że teściowie nie powinni dawać gotowych rozwiązań młodym nawet wtedy, gdy ci sami o to poproszą. Było to dawno i przyznaję, że zdanie to bardzo mnie poruszyło i spowodowało pewien wewnętrzny sprzeciw. Teraz, po latach widzę jego mądrość i głębię również z perspektywy tego, kto widział wielokrotnie złe skutki wynikające z nieuszanowania tej zasady. Sytuacja jest rzeczywiście niełatwa, bo­wiem bardziej doświadczeni życiowo, chciałoby się rzec, lepiej przygotowani do podejmowania decyzji teściowie muszą ustą­pić pola nie znającym życia żółtodziobom. I to właśnie dla nie­których „kochających" rodziców jest przeszkodą nie do przeskoczenia. Nie potrafią dostrzec, a co za tym idzie – usza­nować faktu, że nawet gorsza z punktu widzenia doraźnych skutków decyzja podjęta samodzielnie przez młodych ma swo­je o wiele ważniejsze skutki długofalowe. Choć brzmi to jak paradoks, ale nawet chwilowo zła w skutkach decyzja w dal­szej perspektywie może okazać się życiowo opłacalna, bo stała się elementem fundamentalnej umiejętności podejmowania odpowiedzialnych decyzji. Nie ma innej drogi do odpowiedzial­nego życia, a w tym umiejętności podejmowania właściwych decyzji, jak branie na siebie odpowiedzialności właśnie przez jednoosobowe decydowanie, choćby początkowo w sprawach drobnych. Mimo tego kochający teściowie w najlepszej wierze „pomagają" młodym, często podejmując za nich wszelkie decy­zje życiowe. Nie wiedzą, że świadczą niedźwiedzią przysługę, pozwalając młodym żyć w skrajnej nieraz nieodpowiedzialno­ści. Zatem teściowie powinni dzielić się swymi doświadcze­niami, ujawniać, co ich zdaniem jest słuszne, ostrzegać, że pewne działania – ich zdaniem – niosą określone zagrożenia, niebezpieczeństwa. Lecz powinni wystrzegać się kierowania postępowaniem młodych. Wykluczone z rozmów powinny być takie zdania: „Zróbcie to, nie róbcie tego" lub jeszcze gorzej: „To musicie, tego wam nie wolno". Ich ostateczna rada powin­na brzmieć: „Pomyślcie… i zróbcie jak uważacie".

Zwracanie uwagi młodym

 

Chciałbym w tym miejscu szczególnie uczulić teściów na sposób zwracania uwagi swym zięciom. Ten sposób wynika oczywiście ze stanu dojrzałości zwracającego uwagę. Niedoj­rzały żąda, by było tak, jak on chce. On, który zawsze ma rację, czego dowodem ma być, że zawsze postawi na swoim. Dojrzały dzieli się swym doświadczeniem w taki sposób, by dało się z niego skorzystać. Bez wywyższania siebie i poniżania roz­mówcy. Jemu nie chodzi o swoje. Chce pomóc drugiemu, jeżeli on w wolności swojej zechce z rady skorzystać. Pierwszy spo­sób narzuca, ogranicza wolność, drugi pozostawia całkowitą wolność wyboru. Tu warto zaznaczyć, że nawet osoba niedoj­rzała i nieopanowana może wyuczyć się zasad poprawnej ko­munikacji i wprowadzając je w życie, istotnie zmniejszyć rozmiary problemu i tym samym złe jego skutki.

Może przykład z życia: młodzi dostali ogródek działkowy – 300 m2 ugoru. W zasadzie było im to do niczego niepotrzebne, bo prowadzili bardzo aktywny tryb życia. Szczerze mówiąc, działka była im kulą u nogi. Jednak skoro już dostali, chcieli ambitnie działkę uprawiać, lecz robili to siłą rzeczy z doskoku. Nic dziwnego, że zasiana na ugorze ozimina zdążyła nie prze­kopana urosnąć zdecydowanie za wysoko. Zięć walczył z nią, próbując ją tak przekopać, by zieleń znikła pod ziemią. Szło bardzo kiepsko. W tym momencie przyjechali teściowie – do­świadczeni działkowicze. Dość powiedzieć, że ich wypieszczo­na, kipiąca kwiatami działka wygrywała wojewódzkie konkursy – byli fachowcami. Gdy teściowa zobaczyła nieudolne zmaga­nia zięcia, natychmiast na niego nakrzyczała (dosłownie), że robi wszystko źle, że trzeba to robić tak a tak, że nie ma pojęcia, na czym powinno to polegać, że w ogóle jak można było dopu­ścić, by ozimina tak przerosła itd. Zięć odbierał to mniej więcej tak: jaki ty jesteś niefachowy, nieudolny, niezorganizowany, nic nie umiesz, jesteś nieudacznikiem, jesteś… głupi. W środ­ku kipiał złością i co prawda wytrzymał atak teściowej bez odpyskowania, ale żadnej uwagi nie przyjął i zawzięcie kopał po swojemu dalej, zacisnąwszy zęby. Na to podszedł teść. Po­wiedział spokojnym, pojednawczym tonem: „Wiesz, ja to robię tak". Wziął łopatę z rąk zięcia i pokazał mu, jak on to robi. Po czym oddał łopatę bez żadnych pouczeń, co zięć musi, a czego mu nie wolno. Po chwili zięć uspokojony, wdzięczny teściowi, kopał dalej, korzystając z technologii opracowanej przez do­świadczonego działkowicza. Mam nadzieję, że ten przykład wyraźnie pokazuje różnicę pomiędzy nakazem działania, traktującym rozmówcę jako gorszego, głupszego, podwładnego – niemal niewolnika, a podzieleniem się swym doświadcze­niem, co najwyżej propozycją do wyboru przedstawioną dru­giemu, równorzędnemu, wolnemu człowiekowi.

Zaburzenia w poczuciu własnej wartości

 

Najpierw muszę wytłumaczyć, dlaczego zaburzenia w po­czuciu własnej wartości uznałem za aspekt niedojrzałości i dla­czego stwierdziłem, że brak dostatecznego poczucia własnej wartości objawia się często nadmierną autoiytatywnością, a na­wet agresywnością mężczyzny.

Na drodze do dojrzałości człowieka zasadniczym czynni­kiem jest (oprócz wychowania) samowychowanie. By móc pod­jąć samowychowanie, trzeba wpierw poznać samego siebie i do­konać oceny w danym momencie życiowym. Następnym waż­nym krokiem jest samoakceptacja i dopiero potem tzw. praca nad charakterem, czyli uprawianie siebie samego w celu osią­gnięcia zamierzonych, oby dostatecznie wysokich, celów. Skoro nie może być nawet mowy o dojrzałości bez samowychowania, to tym samym nie może być dojrzałości bez zdrowej, chociaż krytycznej i zakładającej dalszy wzrost i rozwój, akceptacji samego siebie. Choć źródeł nieakceptacji samego siebie może być wiele, tu myślę głównie o nieakceptacji z powodu niskiej (a może nawet zaniżonej) oceny samego siebie przez pryzmat swoich osiągnięć, dokonań, swojej pozycji w rodzinie, w pracy i w życiu w ogóle. I właśnie niska ocena swej pozycji w rodzi­nie często staje się źródłem i powodem wydawania autoryta­tywnych, nie znoszących sprzeciwu sądów i decyzji. Są to próby pokazywania swej ważności (kto tu rządzi), podejmowane w po­czuciu zagrożenia i wyrażające się początkowo podnoszeniem głosu i dalej posuwające się czasami aż do agresji fizycznej. Jest to w gruncie rzeczy krzyk rozpaczy mężczyzny, który stra­cił już nie tylko poczucie bycia panem domu, sprawowania władzy w rodzinie, ale nawet poczucie bycia w ogóle kimś ważnym dla rodziny.

W takiej sytuacji odejście dziecka z domu i przyjęcie „nowe­go dziecka" nierzadko nastręcza trudności. Dziecko odcho­dzące z domu zawęża ewidentnie obszar władzy tatusia. A jeżeli to właśnie dziecko było jedynym członkiem rodziny, które jesz­cze taty „się słuchało", sytuacja staje się poważna. Tak czy inaczej, mający poczucie braku władzy w rodzinie ojciec-teść próbuje niejednokrotnie przenieść swe wpływy na małżeństwo młodych. Wcześniej już wspominałem o sytuacji, gdy ojciec-teść jest pracodawcą jednego albo nawet obojga młodych mał­żonków. Istnieje wówczas pokusa przeniesienia wpływów pra­codawcy na życie prywatne młodych w małżeństwie swego dziecka.

Bywają jednak sytuacje trudne o innej genezie. Oto przy­kład: młodzi, wsparci finansowo przez obie pary rodziców, na samym starcie małżeństwa kupują duże mieszkanie. Podej­mują jeszcze przed wprowadzeniem się generalny remont i da­leko idącą modernizację mieszkania. Teść młodego męża uczestniczy w pracach. Wyszukuje fachowców, dopilnowuje ich, mając jako emeryt sporo czasu. Młody małżonek ma bar­dzo dobrze płatną, lecz ogromnie absorbującą czasowo pracę. W tej sytuacji czas wolny teścia jest na wagę złota. Zresztą teść czasu i trudu nie żałuje, w końcu robi to dla swych dzieci, wnuków. Wszystko byłoby dobrze, gdyby teść, jak każdy zresztą normalny mężczyzna, nie próbował wprowadzać własnych po­mysłów i innowacji w trakcie remontu. Niestety, jak się okaza­ło, robił to niedostatecznie delikatnie, choć z pewnością w najlepszej wierze. Zięć dostawał szału, że teść miesza się w nie swoje sprawy i wprowadza idiotyczne, niezgodne z pla­nem zmiany. Tak naprawdę chodziło o styl podejmowania decyzji. Gdyby teść przedstawiał zięciowi do akceptacji propo­zycje zmian, ten zapewne zgodziłby się na większość. Gdy jed­nak decyzja nawet w drobnej sprawie omijała zięcia, była przez niego odrzucana jako ewidentnie zła. Dochodziło do awantur kończących się zrywaniem „źle" położonej podłogi. Rozmawia­łem z tym młodym mężem tuż przed pięknymi świętami Bożego Narodzenia. Perspektywa odwiedzin teściów, nie mówiąc już o przełamaniu się opłatkiem, była dla niego koszmarem. Mówił otwarcie, że nienawidzi teścia z powodu jego mieszania się w nie swoje sprawy. Młody, kulturalny, wykształcony mężczy­zna był tak zacietrzewiony, że zupełnie nie dostrzegał całego dobra, jakie naprawdę zawdzięczał teściom, dobrym, ofiarnym, nastawionym ugodowo ludziom.

Synowa wychowuje teścia?

 

Powróćmy do relacji teść-synowa. Czego by nie mówić, to jednak teść jest mężczyzną, a synowa kobietą. Normalny, cał­kowicie uporządkowany, dojrzały mężczyzna oczywiście zwra­ca uwagę na okoliczne kobiety. Leży to w jego naturze, tak jest stworzony. Więcej, kobiety są dla niego ważne w tym sensie, że chce w ich oczach wyglądać na wspaniałego, mądrego, dziel­nego i godnego podziwu mężczyznę. Kobiety są ważnym ele­mentem budowy poczucia własnej wartości dla mężczyzny. Są dla niego jakby zwierciadłem, w którym ogląda swą męskość. A już największym sukcesem i jednocześnie elementem do­wartościowującym mężczyznę jest podziw w oczach kobiety dla jego postawy, czynów, dokonań, słowem – męskości. „Praw­dziwy mężczyzna długo pozostaje pod wrażeniem, jakie zrobił na kobiecie". I tu pojawia się szansa, aby synowa stała się ważnym elementem mobilizującym teścia do wysiłku. Może to dotyczyć nieeleganckich zachowań w codzienności, ogląda­nia niemoralnych filmów i czasopism, niedbałości o słownic­two, ubiór, czystość samochodu, porządek w domu, a nawet może pomóc w walce z zadawnionym nałogiem. Dyskretna interwencja synowej, nowej kobiety z zewnątrz, może spowo­dować, że teść staje się bardziej uprzejmy wobec własnej żony, przepuszczają w drzwiach, podaje płaszcz. Eliminuje ze słow­nictwa wyrazy wulgarne, przestaje niewybrednie żartować z głu­poty kobiet. Zachowuje się elegancko przy stole, a nawet przebiera się ze stroju roboczego, siadając do wspólnego obia­du, czego od dawna nie udawało się żonie wyegzekwować – przecież szkoda czasu, zaraz wraca do przerwanej pracy. Teść, by źle nie wypaść w oczach synowej, potrafi nawet odrzucić znoszenie do domu pornograficznych piśmideł czy zadbać o po­rządek w pokoju pracy, gdzie od lat panował nieopisany bała­gan. Gotów posprzątać, a nawet dodatkowo wymyć samochód, by w oczach synowej nie wyglądać na bałaganiarza i brudasa. Znam przypadek (i to z bardzo bliska), gdy teść, od kilkudzie­sięciu lat nałogowy palacz, na prośbę synowej (i tylko na jej prośbę) potrafił powstrzymać się od zapalenia papierosa po zje­dzeniu obiadu. W krótkim czasie dzięki prośbom i zachętom synowej rzucił definitywnie palenie. Niestety, synowa pojawiła się za późno – po kilku latach przedwcześnie, bo w wieku 62 lat, zmarł na raka.

Tak więc synowa jako ważna kobieta pojawiająca się w polu widzenia teścia może być dla niego wielką pomocą w podjęciu na nowo wysiłku, trudu własnego rozwoju, by stawać się po­dziwianym, coraz wspanialszym mężczyzną, mężem, ojcem, panem domu. Warto tę okazję dla ogólnego pożytku dobrze wykorzystać.

Niedorozwój psychoseksualny

 

Niestety, wielu mężczyzn w sile wieku jest niedorozwinię­tych psychoseksualnie. Mówi się nawet o syndromie czterdzie­stolatka. Mężczyzna taki w sferze seksualnej jest na poziomie bawiącego się chłopca (playboy). Niektórzy nawet z dumą okre­ślają siebie jako playboya właśnie. Żałosne to, ale prawdziwe. Tu, co ze smutkiem muszę odnotować, zdarzają się mężom zdrady, które niestety w niektórych środowiskach są na po­rządku dziennym, ba – nawet są przedmiotem dumy. W tych środowiskach wielu mężczyzn, którzy żon jednak nie zdra­dzają, swoim kolegom opowiadają niestworzone rzeczy o swych domniemanych sukcesach seksualnych z coraz to nowymi kobietami. Taka panuje moda, taki styl, chciałoby się po mło­dzieżowemu powiedzieć: „szpan". Drugim elementem to­warzyszącym temu stylowi jest zazwyczaj alkohol. I znów, zarówno pijaństwo prawdziwe, jak i przechwałki, często urojo­ne, ile kto wypił i ile kto potrafi wypić. Nie zapomnę, jak kiedyś w szatni po siatkówce w męskim gronie pracowników nauko­wych wyższej uczelni (!) rozmowy zeszły na ten właśnie po­ziom. Przerwał je profesor, już dziś nieżyjący, stwierdzeniem: „Panowie, wy to jak dzieci, tylko dziwki i wóda, jak dzieci". (Pozwoliłem sobie zacytować nie do końca dosłownie, bo w miejscu „dziwki" było słowo na „k"). To obnażające poziom rozmów stwierdzenie przyniosło natychmiastowy efekt. Głośno dotychczas perorujący rozmówcy zawstydzeni umilkli…

Istnieje zagrożenie, niestety kilkakrotnie się z tym spotka­łem, ze teść będący takim właśnie bawiącym się chłopcem potraktuje synową jako obiekt zainteresowania seksualnego. Należy wówczas wiać jak najdalej od teścia, by nie stwarzać sytuacji absolutnie nie do zaakceptowania.

I choć niektórzy, żądni sensacji, chcieliby, by takie sytu­acje były częste, to tak naprawdę występują one w życiu nie­zwykle rzadko i muszą być z całą mocą piętnowane i jasno określane jako patologiczne. Dla normalnie rozwiniętego męż­czyzny synowa powinna być jakby kolejnym dzieckiem, bez względu na to, jak jest atrakcyjną kobietą. Na marginesie można wspomnieć, że również takie „męskie" zachowania przejmują czasem teściowe, uwodząc (a przynajmniej próbując uwieść) swych zięciów. Dzieje się tak wówczas, gdy na fali panujących mód kobieta zerwała ze swą macierzyńską naturą i sferę płcio- wości traktuje rozrywkowo. Jest to wynaturzenie jeszcze dra- styczniejsze niż w przypadku mężczyzn, bowiem więcej naturalnych zahamowań i ostrzeżeń musiała kobieta w sobie przełamać, by do tego żałosnego stanu dojść. Dla takich kobiet seks jest wyłącznie zabawą potwierdzającą jej kobiecą atrak­cyjność, wartość. Takie kobiety bez wahania potrafią zabić swe poczęte dziecko i gotowe jeszcze głosić, że robią to w imię miłości. Takie kobiety domagają się legalizacji prawa do mor­dowania na żądanie nie winnych przecież niczemu poczętych dzieci. Takie kobiety są po prostu biedne. Są gotowe, niestety wraz z mężczyznami, którzy przecież powinni je przed tym uchronić, jako bardziej racjonalni, bożkowi o imieniu seks składać na ołtarzu żywe ofiary z własnych dzieci. Nasuwa się nieodparcie skojarzenie ze starotestamentowym Molochem, któremu właśnie składano ofiary z żywych dzieci. Zostało to określone jako najobrzydliwsza zbrodnia w oczach Pana. Współczesne neopogaństwo jest może tylko bardziej wyrafino­wane i obudowane usprawiedliwiającymi ideologiami, lecz swą okrutnością, bezdusznością i głupotą w gruncie rzeczy nie różni się od pogaństwa dawnych, prymitywnych ludów.

Tak więc niedorozwój psychoseksualny prowadzi do postaw destrukcyjnych, niszczących samego człowieka, jego bliskich, obraz jego miłości i więzi z innymi. Początkiem i w pewnym sensie praprzyczyną tego dramatu jest przyjęcie idei „wyzwo­lenia seksu", polegającej na oderwaniu jedności dwojga i pły­nącej z niej przyjemności od prokreacji. Wyrwanie przyjemno­ści seksualnej z właściwego kontekstu, czyli trwałego małżeństwa, gotowego przyjąć i wychować poczęte dziecko, nawet gdy pocznie się w momencie dla nich niespodziewa­nym, jest dramatem wielu ludzi, społeczności, a nawet całych narodów. „Wyzwolona przyjemność seksualna" jest bodaj naj­większą plagą współczesności, pochłaniającą w świecie corocz­nie dziesiątki milionów istnień ludzkich, przyczyniającą się bezpośrednio do fali rozwodów o rozmiarach uprawniających do nazwania jej światową epidemią niszczącą rodzinę, degra­dującą i dehumanizującą wymiar człowieczej miłości i wresz­cie przyczyniającą się do żałosnego skarlenia ludzi stworzonych przecież, a tym samym zdolnych do czynienia rzeczy pięk­nych, wielkich i świętych.