Niedojrzałość młodych

Pułapka ?mody na egoizm” i ?mody na nieład moralny”

 

Chyba nigdy w historii świata nie mówiono tyle o miłości, jednocześnie całkowicie wypaczając jej istotę i sens. Miłością nazywa się powszechnie działania nie mające z nią nic wspól­nego, a nawet będące jej zaprzeczeniem. Ot, choćby osławiony „dowód miłości". Nie przez przypadek Ojciec Święty ostrzega przed zgubną cywilizacją śmierci, będącą zaprzeczeniem cy­wilizacji miłości. Cywilizację opartą na antymiłości, na progra­mowym egocentryzmie i egoizmie próbuje się pięknymi hasłami podbudowywać. Dorabia się różnorodne ideologie usprawie­dliwiające egoizm, postawę niedojrzałą i w efekcie nieszczęściodajną. Dzieje się tak choćby na gruncie idei indywidualiz­mu, mówiącego: „ty jesteś najwyższą wartością". Na margine­sie zauważmy, że indywidualizm jest budowany przewrotnie i pokrętnie na bazie niby-personalizmu chrześcijańskiego. Per­sonalizm ukazuje wartość i godność każdej osoby, istoty ludz­kiej od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Indywidualizm głosi: człowiek najwyższą wartością (zaczyna się pięknie). Ty jesteś człowiekiem, a więc ty jesteś najwyższą wartością. Skoro tak, to jako człowiek masz prawo do własnego szczęścia. Czytaj: swej wizji szczęścia, która to wizja może z prawdziwym szczę­ściem nie mieć nic wspólnego, a nawet być z nim wręcz sprzecz­na. I słyszę w audycji radiowej, w której pani psycholog odpowiada na pytania słuchaczy, jak słuchaczka pyta: „Co mam robić? Mam męża i troje dzieci. Jesteśmy 9 lat małżeństwem. Ale oto spotkałam się przypadkowo ze swoją sympatią z lat szkolnych. Nasza miłość na nowo odżyła. Teraz już jestem pewna, że to jest moja prawdziwa wielka miłość. Odnalazłam mężczyznę swego życia. Co robić?".

Pani psycholog odpowiada: „Jest pani dorosłą kobietą. Musi pani podejmować właściwe decyzje. Miłość jest w życiu naj­ważniejsza. Pani musi być uczciwa względem siebie samej. Ma pani jedno życie. Pani powinna zostawić męża i pójść za gło­sem swego serca, za prawdziwą miłością…".

Powyższe zostawię bez komentarza. Jednak nie wolno lek­ceważyć siły oddziaływań radia, telewizji, tak masowo czyta­nych czasopism. Oddziaływań świadomie destruktywnych, niszczących małżeństwo, rodzinę, obraz pięknej miłości, a w efekcie szczęście człowieka. Cel tych oddziaływań jest ja­sny. Gdy w świecie ludzi dorosłych nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o… pieniądze i związane z nimi ideologie. Na słabości człowieka, na bałaganie moralnym, szczególnie w dziedzinie płciowości, robi się ogromne pieniądze. Te pieniądze są siłą napędową tworzenia mody na niemoralność, na atakowanie autorytetów i świata wartości, zwłaszcza najwyższych. Łatwo sobie wyobrazić, ile przemysłów splajtowałoby jednego dnia, gdyby tak nagle, cudem jakimś, ludzie zaczęli łączyć się w trwałe, nierozerwalne małżeństwa. Małżeństwa kochające się uczciwie i ofiarnie. Małżeństwa wierne sobie do śmierci i go­towe przyjąć i wychować każde poczęte w ich związku dziecko. Zauważmy, że takie idee głosi Kościół katolicki. A więc jest on podstawowym wrogiem tych, którzy robią swe brudne interesy na bałaganie w dziedzinie płciowości. Wielkie pieniądze są inwestowane w podkopywanie autorytetu Kościoła, ale też skutki są widoczne. Z punktu widzenia dobra narodu działa­nia takie są zabójcze, a zauważmy, ze dokonywane są rękoma Polaków. Bez wahania można je nazwać samobójczymi. Każdy, kto potrafi niezależnie i logicznie myśleć, musi dojść do ana­logicznych wniosków.

Radość budowania ?własnego”

 

Skąd młodzi, nie wdrożeni od dzieciństwa do podejmowa­nia trudów i obowiązków, mają nagle, od dnia ślubu podjąć takie działania? Czy postulat taki nie jest alogiczny? Czy nie jest to jeszcze jedno nierealne, pobożne życzenie graniczące z utopijną mrzonką?

Otóż nie. Potwierdza to życie licznymi przykładami. Jest bowiem motyw tak atrakcyjny, tak pociągający, tak upragnio­ny, że może pomóc w odmianie życia nawet zatwardziałemu leniowi, rozpieszczonemu egoiście. Jest to atrakcja i radość budowania jakościowo nowego, wspólnego, zupełnie odrębne­go życia. Jak odkrywca wchodzi na niezbadany ląd z drżeniem wynikającym jednocześnie z obawy przed nieznanym i z cie­kawością, radością poznawania i zdobywania, tak młodzi lu­dzie mogą wchodzić w małżeństwo. Wchodzą z drżeniem emocji przed nieznanym, ale też wielką gotowością sprostania wy­zwaniu życiowemu. Każda wspólnie zrobiona lub nawet tylko zakupiona rzecz – ich rzecz – może być powodem ogromnej radości. Każda wspólnie przezwyciężana trudność może być wielką radością, radością uskrzydlającą i dodającą sił do dal­szych zmagań. Ta właśnie radość budowania wspólnoty, w której można się naprawdę rozsmakować, daje nadzieję na rozwój, na wzrost osób młodych małżonków, a także ich więzi.

Nawet jeśli weszli w małżeństwo niedostatecznie przygoto­wani i niedojrzali, zasmakowawszy w „my", mogą szybko odro­bić zaległości życiowe, przełamywać egoizm – a więc dojrzewać. Mogą nawet w realnie krótkim czasie prześcignąć w budowani więzi pary, które teoretycznie startowały z lepszej pozycji, lecz nie skorzystały z siły nośnej płynącej z radości budowania własnej, wspólnej odrębności. Niestety, jest wiele osób, które wchodząc w małżeństwo, nie potrafią, a nawet nie próbują zerwać z własnym egoizmem. Marnują oni tę cudowną szansę rozwoju, jaką stwarza nowa droga życia. Stają się oni z czasem bardzo trudnymi klientami poradni małżeńskich, do których przychodzą, by dochodzić swoich praw, by udowadniać dru­giemu jego winę i upewniać się o nienaganności własnego postępowania. Odbywa się swoista przepychanka: ja tyle, to ty też powinieneś tyle, to moje, to twoje… Istny bezduszny targ o własne prawa, bez odrobiny miłości wyrażającej się troską o drugiego. Biedne są takie małżeństwa i naprawdę trudno im pomóc. Przeszkoda na drodze do ich szczęścia tkwi w nich samych, w ich – chciałoby się rzec – zatwardziałym, a może nawet programowym egoizmie. Ci nie wykorzystali swej szansy. Szkoda. Powtórzmy jednak z naciskiem, że wejście w małżeń­stwo stwarza niepowtarzalną szansę na autentyczną przemianę osób i ich podejścia do życia dzięki niezwykle silnej, nowej motywacji o imieniu „my". Zauważmy, że przejście z ,ja" do „my" jest ważnym krokiem przejścia z postawy egoizmu do miłości. Co prawda to „my" może mieć jeszcze znamiona ego­izmu we dwoje, lecz nastąpiło już oderwanie od ,ja". Jeżeli „my" stanie się ważniejsze od ,ja", to jest nadzieja, że następ­nym krokiem będzie „ty" ważniejsze od ,ja". A to już jest posta­wa prawdziwej miłości. Z niej wypływa autentyczna służba rodzinie, a nawet poświęcenie się rodzinie – postawy tak po­trzebne, tak zapomniane, ba – wręcz niemodne, a nawet ofi­cjalnie negowane i ośmieszane.

Niedojrzałość społeczna

 

Na początku chcę określić, co rozumiem przez dojrzałość społeczną. Mam tu na myśli dość wąski jej zakres, a miano­wicie zdolność do samodzielnego stworzenia warunków dla bytu, bezpieczeństwa i rozwoju rodziny. Chodzi więc głównie o podstawy materialne i mieszkaniowe. Nie wystarczy, by młodzi mieli gdzie mieszkać i za co żyć. Ważne jest, by mogli utrzymać się ze środków zdobytych własną pracą. Krótko mówiąc, aby nie byli na garnuszku rodziców. Ważne jest więc, by przynajmniej jedno z nich (najlepiej mąż) miało zawód, pracę i przynosiło do domu pieniądze gwarantujące byt rodzi­nie. Nie muszą to być wielkie pieniądze na zbytki, lecz nie powinno ich zabraknąć na bieżące życie, mieszkanie i ko­nieczne leczenie.

Łatwo zauważyć, że tak rozumianą dojrzałość społeczną młodzi w naszym kraju osiągają późno albo nawet wcale jej nie osiągają. Długi proces kształcenia niebezpiecznie odsu­wa w latach czas osiągnięcia dojrzałości. Ważne jest to zwłaszcza dla kobiet, z punktu widzenia najlepszego wieku na urodzenie pierwszego dziecka. Mało tego, młody człowiek, który uczciwie uczy się, kończy studia i tym samym zdoby­wa zawód, nie ma żadnej gwarancji otrzymania pracy w ogó­le, a tym bardziej płacy gwarantującej bezpieczny byt całej, nowo założonej rodzinie. Nie mówiąc już o pieniądzach na zakup lub wynajęcie mieszkania. Cóż, w tej sytuacji można np. niefrasobliwie postulować, że jeśli kogoś nie stać, niech nie zakłada rodziny. Mogłoby się jednak okazać, że niewielu tak naprawdę stać na założenie rodziny i skazalibyśmy na­ród polski na błyskawiczną zagładę przez wymarcie. Zresztą postulat taki byłby jawnie wbrew naturze. Są w ludziach, na szczęście, naturalne siły przyciągania płci, skłaniające do łączenia się w pary, zakładania rodziny i przekazywania życia dzieciom.

Co nam wobec tego pozostaje czynić? Można by postulo­wać pomoc państwa, lecz obecnie nie bardzo można na to liczyć. Zatem, skoro młodzi są niezdolni do samodzielnego startu w życie, muszą oglądać się na pomoc rodziców czy szerzej rozumianej rodziny. Dawniejsza instytucja posagu to właśnie miała na celu. Może dziś niektórych śmieszyć, że dla dziewczynki zbierano posag od szóstego roku życia, że mu­siało w nim być tyle a tyle sztuk bielizny pościelowej, tyle obrusów, sztućców itp. Jednak miało to sens i z pewnością było wyrazem troski o dobry początek życia, start dziecka w małżeństwie. Jest więc naturalną rzeczą, że rodzina wspo­maga na starcie małżeństwa swych dzieci, które w sferze ma­terialnej nie mogą stanąć na własnych nogach. A jednak niesie to za sobą poważne zagrożenia. Czym innym jest bowiem da­nie czegoś w prezencie ślubnym, w posagu, a czym innym stałe łożenie na bieżące utrzymanie. Raz dane trudno wypomi­nać (choć niestety się to zdarza). Stałe utrzymywanie młodych przez rodziców jest sytuacją złą, choć czasem nieuniknioną (np. małżeństwo uczących się dzieci). Młodzi nie zaznają smaku życia z pracy własnych rąk, co zwykle mobilizuje do wysiłku i roztropności w wydawaniu ciężko zarobionych pie­niędzy. Życie na swój rachunek prowadzi do wzrostu odpo­wiedzialności i ogólnej dojrzałości, słowem – jest pożyteczne i rozwojowe. Utrzymywanie małżeństwa dzieci przez rodziców hamuje rozwój i sprzyja postawom roszczeniowym młodych. Sytuacja taka, zwłaszcza dla przyzwoitego mężczyzny pragną­cego być – w dobrym tego słowa znaczeniu – głową domu, jest psychicznie bardzo trudna. Nierzadko owocuje jego rozdraż­nieniem i pretensjami wobec wszystkich dookoła za sytuację, w której się znalazł. Paradoksalnie, pierwszymi obwinionymi są tu zwykle rodzice i teściowie. Czasem mężczyzna oskarża za wszystko siebie, zaniża samoocenę, zaburza zdrowe poczu­cie swojej wartości i… staje się nieznośny dla najbliższego otoczenia, nie wyłączając samego siebie. Poczucie finansowej zależności od teściów zawsze źle wpływa na rozwój relacji wewnątrz małżeństwa i na szczerość relacji z teściami. Byłem świadkiem sytuacji, gdy młodzi potrafili być uprzejmi, a na­wet przymilni dla teściów w chwili, kiedy odbierali pienią­dze, a za ich plecami, bez żadnego skrępowania, jawnie, wieszali na nich psy.

Wielokrotnie spotykałem się z tym, że rodzice łożąc na mał­żeństwo swych dzieci, stawiali warunki. Pół biedy, gdy były to warunki pozytywnie mobilizujące typu: „Płacimy, bo studiu­jesz, i chcemy, byś ukończył studia dla dobra twojego i twojej rodziny. Jeśli jednak zawalisz sesję, przestaniemy płacić". Poprzez ten warunek ewidentnie przejawia się troska o dal­sze losy rodziny założonej przez dziecko. Spotykałem jednak sytuacje, gdy rodzice łożący na życie małżeństwa studenc­kiego stawiali warunki nieuprawnione: „Pomagamy wam pod warunkiem, że nie urodzi się dziecko. Jeżeli się pocznie, możemy sfinansować «zabieg», ale urodzić wam nie wolno!". Oferty finansowania zabójstwa własnego wnuka nie będę ko­mentował.

Zdarza się również, że rodzice stawiają warunki, które nie są wyrazem jakiejkolwiek troski o dziecko, lecz jedynie posu­wającym się aż do szantażu sposobem na zachowanie nie­uprawnionego wpływu na życie małżeńskie ich dzieci. Jeden drastyczny przykład opisano powyżej, a szerzej zajmiemy się tym problemem w rozdziale mówiącym o „winach" teściów.

Pomoc finansowa świadczona przez teściów może być źró­dłem jeszcze jednego zagrożenia dla młodych małżonków. Sprzyja bowiem kształtowaniu się postawy roszczeniowej mło­dych. Im się po prostu wszystko za darmo należy. Przykładów takich spotkałem bardzo wiele. Bywało, że forma wyrażania roszczeń-żądań urągała elementarnym normom kultury ogól­nej, nie mówiąc o przykazaniu czci dla rodziców. Często, nie­stety, jest to przedłużeniem okresu dzieciństwa, w którym rodzice nie stawiali dzieciom żadnych wymagań, nie miały one do spełnienia nawet elementarnych obowiązków („ty się tylko ucz") i w konsekwencji nie miały okazji, by nauczyć się odpowiedzialności. Brak stawiania własnym dzieciom wymagań stosownych do ich aktualnego wieku jest dość powszechnym błędem wychowawczym. Często rodzice robią to programowo, dorabiając najróżniejsze ideologie usprawiedliwiające taką postawę: „Ja miałem ciężkie dzieciństwo, niech moje dziecko ma lepiej". Albo: „Stać mnie na to, by dziecko nie musiało pracować i wszystko może mieć ode mnie". Jakże smutne jest, że rodzice mający taką postawę często zupełnie nie zdają sobie sprawy, jak bardzo krzywdzą własne dziecko, nie wdrażając go do podejmowania wysiłku, trudu. Wszak osobisty trud jest podstawą rozwoju osobowego i – co za tym idzie – spełnienia się w życiu i osiągnięcia szczęścia. Szczęście kupione na stra­ganie świata za pieniądze tatusia trwa chwilę. SZCZĘŚCIE praw­dziwe, zbudowane własnym trudem trwa wiecznie. Wierzący człowiek do własnego trudu dołącza łaskę, wówczas jego szczę­ście – świętość – dzięki Bożemu Miłosierdziu bardzo konkret­nie i dosłownie jest nieskończone i trwa wiecznie.

Rola więzi z własnymi rodzicami

 

Od razu trzeba zaznaczyć, że dojrzała, prawidłowa więź dzieci z rodzicami może owocować tylko i wyłącznie dobrem w ich małżeństwach. Dojrzała, prawidłowa więź z rodzicami, nawet bardzo silna, nie stwarza żadnych zagrożeń dla małżeństwa dziecka. Przeciwnie, jest bardzo pomocna w budowaniu nowej rodziny, a opuszczenie domu rodziców jest ważnym wydarze­niem, któremu w gruncie rzeczy podporządkowany był cały proces wychowania i samowychowania dziecka. Podstawowym celem wychowania jest przecież osiągnięcie przez dziecko ta­kiej dojrzałości, by mogło w świecie funkcjonować całkowicie o własnych siłach, bez pomocy rodziców. Zatem mądrzy rodzi­ce wychowują dziecko ku temu, by mogło wyjść z domu w świat, radzić sobie samodzielnie i… ich więcej nie potrzebować.

Już widzę, ilu kochającym mamusiom kręci się łezka w oku i cisną się na usta słowa goryczy: „Tak, teraz już nie jestem potrzebna". Jednak sprawą uczuć mamuś, czyli potencjalnych teściowych, zajmiemy się później.

Powróćmy do więzi rodzice-dzieci. Tak jak więź dojrzała nie stwarza żadnych zagrożeń, tak więź niedojrzała, nieprawidło­wa niesie ogromne niebezpieczeństwa dla małżeństwa mło­dych. Kłopot w tym, że często więź nieprawidłowa oceniana jest mylnie jako bardzo dobra. Dzieje się tak wtedy, gdy za jedyną wykładnię jakości więzi przyjmowana jest bliskość uczuciowa. Bywa np., że córeczka z mamusią są tak sobie „bli­skie", że mamusia uczestniczy bez ograniczeń w życiu uczu­ciowym córki. Czasem córeczka z własnej inicjatywy, czasem na żądanie mamusi opowiada z detalami przebieg randek z chłopakami. Mamusia kibicuje córeczce, niekiedy studząc jej dziewczęce zapały, lecz bywa, że zagrzewa ją do boju i po­pycha wprost w objęcia jakże często nieodpowiedzialnego, ba – nie umiejącego zapanować nad sobą i swym ciałem chłopca. Potem córka szczegółowo relacjonuje przebieg narzeczeństwa. Oczywiście nie mając przed mamusią żadnych tajemnic, opo­wiada jej również szczegóły intymne… Mamusia już nie musi czytać romansów czy erotyków. Ma to na żywo dzięki kochanej córeczce. Bywa, że ta „doskonała" więź matki i córki utrzymy­wana jest po wyjściu córki za mąż. Wówczas (choć niektórym pewnie trudno w to uwierzyć) córeczka szczegółowo relacjo­nuje przebieg nocy poślubnej i w ogóle wszystkiego, co się między małżonkami dzieje… Jaki ta sytuacja może mieć wpływ na relacje owej córeczki z własnym mężem, łatwo sobie wy­obrazić. Zresztą opisana wyżej sytuacja nie jest wymysłem wyobraźni, lecz przykładem z życia wziętym. A skutki? Dość powiedzieć, że małżeństwo w stanie rozkładu trafiło do poradni w rok po ślubie. Mąż był u kresu wytrzymałości, a żona na­prawdę nie wiedziała, o co mu chodzi.

Silna więź uczuciowa nie poddana kontroli rozumu i woli jest więzią niedojrzałą, nieprawidłową i w efekcie destrukcyjną. Tego typu więź dorosłych dzieci z rodzicami (najczęściej z matką) zagraża w sposób dramatyczny, by nie powiedzieć: śmiertelny, poprawnej relacji w małżeństwach tychże dzieci.

Opisałem z życia wzięty przykład więzi matki z córką noszą­cej znamiona uzależnienia, czy wręcz zniewolenia uczucio­wego, lecz spotykałem się również wielokrotnie z przerostem niekontrolowanych uczuć na linii matka-syn (chciałoby się powiedzieć mamusia-synuś), bez względu na wiek tego ostat­niego. Niedojrzałość więzi uczuciowej objawia się (m.in.) nie­zdolnością do prawdziwego, pełnego odłączenia się od rodziców i założenia własnej, odrębnej i samodzielnej rodziny.

Czasem niezdolność do oderwania się od rodziców przy­biera rozmiary nieprawdopodobne i gdyby nie to, że może prowadzić do życiowych tragedii, można by opisywać te przy­padki jako dobre dowcipy. Przykładowo: trzydziestokilkuletni mężczyzna po długim wahaniu i wybieraniu (by nie powiedzieć: wybrzydzaniu) zdecydował się wreszcie na za­warcie małżeństwa. Jednak przy spisywaniu protokołu w pa­rafii proboszcz zorientował się, że mężczyzna przy wielu odpowiedziach powołuje się na „mamusię", wcale zresztą o to nie pytany. Proboszcz, doświadczony i mądry duszpasterz, poprosił o osobną rozmowę, w której najdelikatniej, jak potra­fił, wyjaśnił, że podstawą założenia małżeństwa jest odłącze­nie się od własnych rodziców. Tłumaczył, że rodzicom nadal należy okazywać troskę i oczywiście szacunek, a nawet cześć, jak nakazuje przykazanie Boże. Jednak od dnia ślubu naj­ważniejszą na świecie kobietą dla męża powinna stać się żona, matkę trzeba w pewnym sensie opuścić. Gdy mężczyzna usły­szał słowo „opuścić", wstał, a raczej zerwał się na równe nogi z głośnym okrzykiem: „Matki nie opuszczę nigdy!". Gwałtów- nie wybiegł, trzaskając drzwiami. Do ślubu nie doszło. Chyba w tym przypadku można powiedzieć – na szczęście. Ten do­rosły (licząc lata) mężczyzna wydawał się niezdolny do zało­żenia rodziny przez nadmierną, wręcz obezwładniającą go więź z matką. Gdyby w tym przypadku doszło jednak do za­warcia małżeństwa, z dużym prawdopodobieństwem można by przewidzieć, że żona byłaby nieustannie porównywana z mamusią i krytykowana za wszystko, czym się od mamusi różni. Byłoby to bez wątpienia źródłem poważnych kłopotów małżeńskich. Tego uczy doświadczenie.

Zdarza się również więź z ojcem, która przeszkadza w prawi­dłowym wejściu w małżeństwo, właśnie z powodu niemożności oderwania, odłączenia się. Tak jak w przypadku „mamusi" rzecz idzie zwykle o uczucia, tak w przypadku ojca są to przeważnie konkretne, namacalne, poza uczuciowe powody nadmiernej więzi czy wręcz uzależnienia. Przykładem może być praca syna w firmie ojca. Ojciec będąc szefem, pracodawcą, dysponentem pieniędzy, jest w swoich oczach nierzadko wszechwładny. Ma syna w ręku. Niestety bywa, że swą zwierzchność w pracy prze­nosi na życie prywatne i małżeńskie syna. Wówczas wszystkie decyzje syna podlegają kontroli tatusia. Często syn nie widzi w tym nic złego, zwłaszcza gdy ojciec ma u niego autorytet i naprawdę potrafi mądrze, rozsądnie doradzić. Niepostrzeże­nie dla syna stan rzeczy staje się nieznośny dla synowej. Spo­tykałem się z bardzo zaognionymi sytuacjami tego rodzaju. Dochodziło nawet do tego, że ojciec potrafił wstrzymać synowi należną wypłatę, gdy syn chciał wydać pieniądze niezgodnie z zaleceniami tatusia. Bywało i tak, że syn w ogóle nie otrzy­mywał żadnych stałych pieniędzy i każdorazowo musiał prosić tatę o pieniądze, tłumacząc szczegółowo, na co chce je wydać. I nawet gdyby tatuś te pieniądze przyznawał bardzo hojnie, sytuacja taka, mimo że może być w jakimś sensie wygodna, jest jednoznacznie zła z punktu widzenia budowania jedności i odrębności młodego małżeństwa. Małżonkowie nie mogą pod­jąć samodzielnie żadnej decyzji, bo przecież trzeba uzyskać aprobatę tatusia. Na dłuższą metę staje się to nie do zniesienia psychicznie.

Zatem niedojrzałość młodych wyrażająca się niezdolnością do odłączenia się emocjonalnego od własnych rodziców odbija się zawsze niekorzystnie na tworzeniu więzi między młodymi małżonkami. Czasami dochodzi do wielkich napięć i w płaczu albo złości wykrzyczane jest zdanie: „Wybieraj: albo matka, albo ja", „albo ojciec, albo ja" czy: „rodzice albo ja". Sytuacja taka jest już alarmem i zwykle poprzedza ją trwające od dłuż­szego czasu niezadowolenie z jakości relacji ze współmałżon­kiem z jednocześnie rosnącą złością, a nawet nienawiścią do „głównych winowajców" – teściów.

Jednak, by nie wylać dziecka z kąpielą, powtórzmy: dobra, prawidłowa, dojrzała więź z własnymi rodzicami sprzyja wła­ściwemu odejściu z domu i budowie nowej – własnej rodziny. Natomiast więź nieprawidłowa, w której dominują niekontro­lowane uczucia, całkowicie wyjęte spod władania rozumu i woli, jest śmiertelnym zagrożeniem dla młodego małżeń­stwa. Wydaje się wówczas, że najrozsądniejszą radą dla mło­dych jest, by wyprowadzili się na drugi koniec Polski. Wtedy w sposób naturalny przebiegać będzie faktyczne odłączenie od rodziców. Odłączenie to jest wymogiem fundamentalnym dla tworzenia nowej rodziny: „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym cia­łem" (Mt 19, 5).

Efekt samowychowania

 

Człowiek, który powziął decyzję o podjęciu trudu samowy­chowania, w pierwszym rzędzie powinien zapragnąć poznać siebie samego. Siebie jako człowieka, siebie jako kobietę czy mężczyznę, zatem swe ciało i jego reakcje, swoją psychikę, swoje talenty i ograniczenia. Samopoznanie powinno pogłę­biać samoakceptację, pokochanie samego siebie. Niezwykle ważna dla szczęścia w życiu jest miłość siebie samego, takie­go, jakim się jest, bez rezygnacji – rzecz jasna – z pracy na rzecz własnego rozwoju, by stawać się kimś lepszym, doskonalszym, dojrzalszym. Właściwa miłość siebie jest niezbędna do umiło­wania drugiego. Wielu o tym nie wie i cierpi, przeżywając nie­udane próby miłości do drugiej osoby. Próby te skazane są na niepowodzenie bez wcześniejszego pokochania siebie samego. Poznanie i akceptacja siebie musi dokonać się na początku drogi własnego rozwoju. Później jest miejsce na samoopano- wanie. Osiąga się je na drodze żmudnego, często mało efek­townego, długofalowego trudu panowania nad swymi reakcjami, zachowaniami i czynami, ale też oczekiwaniami, tęsknotami i decyzjami. Wszystko to powinno zostać podporządkowane wybranemu celowi życia i systemowi wyznawanych wartości. Człowiek wówczas staje się panem siebie. Jest wolny i w każdej sytuacji, bez względu na naciski zewnętrzne czy pobudzenia wewnętrzne, może zrobić to, co uważa za słuszne, dobre, co przyniesie dobre owoce w dalszym życiu. Włada w pełni sobą i może sobą w sposób wolny zadysponować. Tylko dojrzały człowiek może w pełni odpowiedzialnie ofiarować siebie w mi­łości drugiemu człowiekowi (w małżeństwie) i Bogu (w kapłań­stwie, w stanie konsekrowanym, w zakonie). Dojrzałość wreszcie umożliwia wierne wytrwanie w obranym powołaniu aż do śmierci.

Wiemy dobrze, jak często wygląda wzajemne „ofiarowanie" się sobie młodych, którzy już dłużej nie mogli wytrzymać zbyt silnych, niekontrolowanych impulsów płynących z pobudzeń cielesnych. Trudno się dziwić, że pary takie przeżywają trud­ności w budowaniu harmonii małżeńskiej, miłosnej relacji, skoro żadne z nich nie posiada dostatecznej władzy nad sobą samym. Nie jest możliwe tworzenie dojrzałej więzi pomiędzy dwojgiem niedojrzałych ludzi.

Zdolność tworzenia trwałych więzi

 

Owocem wzrostu człowieka i zarazem dowodem jego dojrza­łości jest zdolność tworzenia trwałych więzi, relacji między­osobowych. Wiąże się to bezpośrednio z prawdziwą wiernością, która nie jest wynikiem braku okazji do zdrady, lecz świado­mego wolnego wyboru, postawą, którą człowiek dojrzały, bez względu na okoliczności zewnętrzne, jest w stanie sam od siebie wyegzekwować konsekwentnie do końca życia.

I znowu z żalem trzeba stwierdzić, że idea związku małżeń­skiego mężczyzny i kobiety, gotowych na przyjęcie potomstwa, związku monogamicznego, trwałego, dozgonnego, wyłącznego i wiernego, opartego na Miłości i Odpowiedzialności, przeżywa poważny kryzys. Mało tego, jest jawnie kwestionowana. Próbu­je się na równi z taką wspólnotą małżeńską stawiać konkubi­naty, tzw. wolne związki, czy nawet związki homoseksualne. Wyraźnie to widać w lansowanych z ogromną determinacją zmianach prawnych, w języku międzynarodowych dokumen­tów, a nawet w treściach programów szkolnych.

Wspomnieliśmy już wcześniej, że nie ma w kulturze maso­wej żadnego spójnego modelu kobiecości i męskości. Nie ma też modelu pięknej relacji męża i żony, modelu pięknej rodzi­ny. Jest natomiast retoryka, wojownicze, antagonizujące ha­sła. Wśród tych haseł przeważają takie, w których kobiety agresywnie atakują świat mężczyzn. W atmosferze walki płci niezwykle trudno jest budować przyjazny, pokojowy związek męża i żony, nie mówiąc już o układzie: zięć-teściowa czy synowa-teść. Jeżeli chodzi o relację żony z mężem, panuje jeszcze przekonanie, że powinni się chociaż starać pokojowo współistnieć. Gdy chodzi jednak o relację z teściami, nie tylko nie ma mowy o wysiłku tworzenia dobrych więzi, lecz powszech­nie spisuje się je na straty. Trudno się zatem dziwić, że relacje te często układają się, delikatnie mówiąc, nie najlepiej.

Rozwój ukierunkowany

 

Nie wystarczy, by człowiek rozwinął się „tak w ogóle", poko­nał swój egoizm w stopniu przynajmniej dostatecznym i tym samym stał się zdolny do miłości. Jest to warunek konieczny do szczęścia, lecz jeszcze nie wystarczający. Człowiek powi­nien przygotować się, uzdolnić do wypełnienia obranego po­wołania życiowego. Inne cechy musi w sobie rozwinąć przyszła matka, inne przyszły ojciec. Jest więc konieczne podjęcie trudu (nazwijmy go specjalistycznym), ukierunkowanego na wypełnianie w życiu zadania czy, jak kto woli, roli kobiety-żony-matki lub funkcji mężczyzny-męża-ojca. By skutecznie podjąć taki specjalistyczny trud kształtowania siebie, trzeba mieć najpierw prawidłową i – oby – piękną oraz pociągającą wizję kobiecości i męskości. W dzisiejszym świecie dość sku­tecznie wyeliminowano takie wzorce i zakwestionowano au­torytety mogące się w tych kwestiach wiarygodnie wypowia­dać. (Prawdziwy autorytet bowiem można podważyć, zakwe­stionować, a nawet wyśmiać, lecz nie da się go skutecznie zniszczyć, opiera się bowiem na wartościach istniejących obiek­tywnie). Panuje zamęt, a nawet próbuje się kreować nowy po­rządek, w którym role kobiece i męskie są zupełnie bez żadnego ładu i składu, a nawet zdrowego rozsądku wymieszane.

W tej sytuacji trudno się nawet dziwić, że ludzie powszech­nie nie podejmują trudu wychowania siebie do pełnienia funk­cji ojca – głowy rodziny, czy matki – niekwestionowanej pierwszej opiekunki każdego dziecka. Co więcej, idea takiego specjalistycznego wychowania prawie całkowicie znikła wo­bec szerzącego się liberalizmu i indywidualizmu, zakrzyczana została retoryką głoszącą partnerstwo, tolerancję, relatywizm wszystkiego, niezależność, wolność „od"… jakichkolwiek zo­bowiązań czy powinności wobec żony, męża, a nawet własnych dzieci. Zagubieni ludzie są często słabo przygotowani do bu­dowania trwałej więzi małżeńskiej i brania odpowiedzialności za małżeństwo i rodzinę. W efekcie o losach małżeństw i dzieci decyduje chwilowy stan uczuć (mylony często z miłością), które u osoby niedojrzałej pozostają poza kontrolą rozumu i woli. Uczucia zależą od wielu czynników. Mogą być i coraz częściej są przedmiotem zamierzonej manipulacji. Tak więc trwałość małżeństwa ludzi niedojrzałych wystawiona jest na próbę. Zależy często od przypadku, losu szczęścia (by nie powiedzieć: nieszczęścia). W tej sytuacji nikogo nie powinna dziwić nasi­lająca się plaga rozwodów.

Trud własnego rozwoju

 

Rozumny mężczyzna planujący założenie rodziny powinien zastanowić się, w jakim stopniu sam nadaje się do roli męża- ojca, analogicznie kobieta – do roli żony-matki. Człowiek, po stwierdzeniu własnej nieidealności (co powinien uznać każdy będący przy zdrowych zmysłach), powinien się zdecydować na podjęcie trudu własnego rozwoju. Chodzi tu, z jednej strony, o rozwój ogólny w człowieczeństwie, a z drugiej strony – o uzdol­nienie do podjęcia konkretnych zadań żony-matki lub męża- ojca. Wszyscy ludzie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, powinni podjąć trud pokonywania własnego egoizmu. Jednym z naj­lepszych sposobów jest zaangażowanie się w pracę na rzecz innych, altruistyczną pomoc bez żadnego liczenia na własną korzyść. Jest to praktyczna lekcja przygotowująca do świad­czenia miłości. Jednak wielu ludzi ma tego typu działania w głębokiej pogardzie. Określają mianem naiwniaków czy wręcz Jeleni" osoby angażujące się w ten sposób. Paradoks, że ci pogardliwie patrzący na „nieżyciowych altruistów", na „cha­rytatywnych naiwniaków" liczą na to, że kiedyś sami przeżyją wielką miłość. To oczekiwanie (czasami wręcz żądanie) bez zmiany wewnętrznej postawy z pewnością się nie spełni, bo jest po prostu nierealne. W pewnym sensie w dzisiejszym świe­cie pełnym nierówności panuje jednak sprawiedliwość. Tylko ten, kto podejmie trud własnego rozwoju, i pokona, choćby częściowo, swój egoizm, ma szansę na nagrodę w postaci prze­żywania prawdziwej miłości oraz wszelkich radości i szczęścia z nią związanych. Rzecz jasna, mówię tu o prawdziwej miłości, a nie o powierzchownych przyjemnościach, którym świat dziś miano miłości przyznaje.

Życie człowieka jest procesem, który może przynieść wspa­niałe owoce jedynie wtedy, gdy podjęta zostanie przez niego wolna, świadoma i odpowiedzialna decyzja o własnym rozwo­ju. Decyzji takiej powinna towarzyszyć gotowość poniesienia trudu, nieraz bolesnego borykania się z samym sobą, ze swymi wadami, słabościami, ze swym egoizmem. Decyzja o pracy nad własnym rozwojem powinna być rozumna, a więc powinna zawierać model, wizję celu, do którego proces rozwoju ma pro­wadzić. Jedynym godnym poświęcenia życia celem jest mi­łość, tak więc rozwój osobisty powinien uzdalniać do miłości.

Jednak drogi miłości mogą być różne. I choć najpowszech­niejszym powołaniem życiowym jest małżeństwo, nie jest to jedyna sensowna droga realizacji miłości w życiu. Wystarczy przypomnieć Matkę Teresę z Kalkuty, by zobaczyć, jak piękna może być droga miłości osoby poświęconej Chrystusowi i słu­żącej ubogim bezgranicznie, bezinteresownie, bez liczenia na jakąkolwiek zapłatę. A to właśnie – całkowite oddanie siebie, tak charakterystyczne dla prawdziwej miłości – jest takie obce dzisiejszemu światu. Trudno się dziwić, że świat, odwróciwszy się od cywilizacji miłości, cierpi ogromnie i staje się cywili­zacją śmierci, samozagłady.

Niezdolność osoby do miłości

 

Jeśli chcemy ocenić czyjąś czy też swoją zdolność do miło­ści, powinniśmy najpierw spokojnie zdefiniować pojęcie miło­ści. Ważne jest to szczególnie dziś, gdy panuje powszechne pomieszanie pojęć połączone z negacją najwyższych wartości i autorytetów. Prawdziwa miłość nie może kończyć się na słow­nych, choćby najwznioślejszych deklaracjach, lecz wyraża się czynami i troską o dobro drugiego. Najwyższym dobrem dla drugiej osoby jest jej własny rozwój, wzrost w człowieczeństwie. W świecie wartości chrześcijańskich ten rozwój i wzrost są ukierunkowane na osobistą świętość i w efekcie ku zbawieniu wiecznemu. Zatem dla chrześcijańskich małżonków najwyż­szym przejawem miłości jest troska o świętość współmałżonka, o jego zbawienie. Miłość więc to nie troska o „dobra" drugiego, rozumiane jako stan posiadania materialnego, lecz troska o jego dobro prawdziwe, mierzone wzrostem, rozwojem jego człowie­czego formatu. Krótko mówiąc, miłość ma czynić drugiego lep­szym.

Największą przeszkodą w świadczeniu miłości innym jest fakt, że trzeba to czynić niejako własnym kosztem. Tak więc przeszkodą utrudniającą, nierzadko wręcz uniemożliwiającą świadczenie miłości jest egoizm. Osoba zasklepiona w swym egoizmie staje się niezdolna do miłości. Jest pewnym paradok­sem, że osoby skrajnie egoistyczne, ba – głoszące programowo egoizm i indywidualizm jako filozofię życia, próbują – zupełnie wbrew logice – budować relacje miłości i zakładają rodzinę. Potem bywają bardzo zdziwione i obrażone na współmałżonka, ludzi, świat, a nawet samego Boga, że im się „małżeństwo nie udało". Zgłaszają pretensje do Kościoła, który „w swoim okru­cieństwie i bezduszności" nie uznaje rozwodów, a przecież w ich przypadku… Trzeba bowiem niemałej pokory, by z bole­snych doświadczeń życiowych wyciągnąć wnioski o własnym udziale w zaistniałej sytuacji, a nawet własnej winie. Wówczas nawet najboleśniejsze doświadczenie może być ważnym im­pulsem do refleksji, rewizji swego życia, do pracy nad sobą, swym charakterem, swoim postępowaniem wobec innych lu­dzi, zwłaszcza współmałżonka. Bywa, że jest to tzw. szczęśliwa wina, z której może wyniknąć ogromne dobro, i w efekcie ma szansę zaowocować prawdziwą, pozytywną odmianą życia. Jeżeli jednak takiej postawy zabraknie, człowiek będzie ego­istycznie trwał w idealnej wizji siebie samego, w poczuciu absolutnej niewinności, a winnymi będą wszyscy dookoła. Doświadczenia życiowe niosące ze sobą jakąkolwiek przykrość będą wówczas zupełnie bezwartościowe i odczytywane jako pech, złośliwość rzeczy martwych, sprzysiężenie się złych mocy itd. Nie wypłynie z tych doświadczeń żaden pożytek, będą to po prostu zmarnowane cierpienia. Tak więc egoizm czyni osobę nierozwojową i jednocześnie niezdolną do miłości.

Aspekty niedojrzałości młodych

 

Niedojrzałość młodych można rozpatrywać wieloaspektowo. Z jednej strony, jest to niedojrzałość emocjonalna, psychosek­sualna, ogólnie mówiąc – osobowościowa. Ten rodzaj niedoj­rzałości uniemożliwia budowanie prawdziwej miłości jako relacji międzyosobowej i w efekcie branie odpowiedzialności za siebie i rodzinę. Z drugiej strony, można mówić o niedojrza­łości społecznej, związanej z brakiem zawodu, pracy, mieszka­nia, czyli podstaw gwarantujących byt i rozwój rodzinie. Z trzeciej strony, można mówić o niedojrzałości więzi między młodymi, niejednokrotnie opierającej się infantylnie jedynie na wspólnie przeżywanych przyjemnościach. Wreszcie jeszcze innym aspektem niedojrzałości jest niewłaściwa relacja z wła­snymi rodzicami, często uniemożliwiająca normalne, postulo­wane w Piśmie świętym opuszczenie ojca i matki.