Kochanie teściów pomimo wszystko

 

Skoro Stwórca zalecił miłość rodziców, to widocznie tak być powinno, bo przynosi to dobre owoce. Wielokrotnie oglądałem wręcz dramatyczne dla małżeństwa skutki złego traktowania rodziców współmałżonka. Dom, w którym wyrośliśmy, jest świę­tością nietykalną. Wielkim brakiem mądrości życiowej, by nie powiedzieć: utratą instynktu samozachowawczego, jest atako­wanie rodziny, a szczególnie rodziców współmałżonka. Nie ma znaczenia, czy zgłaszane pretensje są prawdziwe, czy nie, za­wsze atak na rodziców jest bolesny dla ich dziecka, nawet całkiem dorosłego. Odpowiedzią na taki atak jest zazwyczaj kontratak na rodziców drugiej strony. Mnożą się rany i wza­jemne pretensje. Wszyscy są przegrani. A najbardziej na takich bojach cierpi więź małżeńska, która w ten sposób jest bodaj najskuteczniej rozbijana. Nieraz spotykałem się z powaśniony- mi małżonkami, którzy chowając w sercu urazy, a nawet nie­nawiść do teściów, chcieli – wbrew logice – naprawiać swą więź małżeńską. Nie da się bowiem głęboko ranić i jednocześ­nie budować więzi-komunii. Zatem ja sam, jak tylko mogę i gdzie tylko mogę, apeluję do małżonków, by najlepiej, jak to jest tylko możliwe, odnosili się do rodziców współmałżonka. Czasem mówię, że nieżyjący nawet teściowie mogą skutecznie zniszczyć więzi małżeńskie. Wywołuje to zwykle zdziwienie, więc tłumaczę: nie chodzi o to, że jako duchy przylecą z za­światów, by mieszać jeszcze po śmierci, lecz o to, że pozostałe w zięciu lub synowej niechęć, uraza czy wręcz uczucia okre­ślane mianem nienawiści powodują, że w codziennych pre­tensjach do żony (męża) teściowie pojawiają się jako winowajcy i sprawcy zła. Ot, choćby takie zdanie wypowiedziane przez męża do żony: „Jesteś flejtuch, brudas i bałaganiara. Ale wła­ściwie to nie powinienem mieć pretensji do ciebie, bo masz to po matce. Twoja matka, wypisz, wymaluj, była taka sama. A mo­że nawet gorsza".

Nie ma znaczenia, czy powyższe zdanie zawiera ziarno praw­dy, czy jest czystym pomówieniem. Tak czy inaczej wzbudzi w żonie ból i głębokie oburzenie. Nie pozwoli ona szargać pa­mięci swej kochanej, nieżyjącej matki… A tak na marginesie, mąż który rzeczywiście wziął żonę z niezbyt porządnego (w sen­sie bałaganiarstwa) domu, powinien wziąć na swe barki odpo­wiedzialność za ład w jego domu, wiedząc, że żona może mieć z tym trudności.

Niektórzy mówią: „Ależ moi teściowie są naprawdę niezno­śni. Nie jestem w stanie ich polubić!". Nie jesteśmy do końca panami swych uczuć. Jeżeli nie da się ich polubić, to trudno, nie lubiąc, trzeba ich pokochać! Nie udawać, że się ich lubi, gdy są nielubiani, lecz podjąć trud, by wypełniając swe zobo­wiązanie, uczciwie ich pokochać. Czy miłość można sobie narzucić? Tak, a czasami nawet trzeba, gdy takie zostało po­wzięte zobowiązanie. Mąż zobowiązany jest do dozgonnej mi­łości żony nawet wtedy, gdy przestanie ją lubić. Ba, gdy będzie wzbudzała w nim najgorsze uczucia, które sam określa mia­nem nienawiści, gdy będzie sobie z niego kpiła i jawnie mu dokuczała, on powinien ją kochać, wypełniać ślub, a więc najwyższe zobowiązanie do świadczenia miłości. Co powinien zrobić? Miłować, czyli troszczyć się o jej dobro w najlepszym i najgłębszym tego słowa znaczeniu. Największym dobrem czło­wieka jest jego własny rozwój ku dobru, dla wierzącego – ku świętości, czyli ku zbawieniu. Tak więc, gdy osoba, której win­niśmy miłość, pobłądzi, ma być objęta naszą troską, by się nawróciła ze złej drogi. Zauważmy, nikt tu nie mówi o pochwa­laniu czy choćby tolerowaniu zła, które ona czyni, lecz o tro­sce o osobę, by przestała zło czynić. W tym rozumieniu możliwa jest nawet miłość nieprzyjaciół. (Trzeba tylko powstrzymać w sobie niechrześcijańskie życzenia, by piekło pochłonęło nie­przyjaciół, a życzyć nawrócenia ku dobru). Tak też należy kochać nawet nielubianych teściów. Troszczyć się o ich do­bro. Mogą to być drobne gesty: zrobić zakupy, zaprowadzić do lekarza, pomóc w remoncie czy zawieźć na wakacje. Drobne gesty tak bardzo potrzebne są zwłaszcza starzejącym się i upa­dającym na zdrowiu teściom. Taka troska należy się im z pro­stej sprawiedliwości. Przecież to oni przekazali życie twojej, Czytelniku, żonie (mężowi), oni przeżywali trudy, lęki, cierpie­nia zawsze towarzyszące wychowaniu małego dziecka. Wszy­scy rodzice wiedzą, co to znaczy wstawać w środku nocy do chorego dziecka i przykładać mu ucho do piersi, z drżeniem sprawdzając, czy jeszcze oddycha. To przerabiali twoi teścio­wie… i choćby za to, ze sprawiedliwości, należy im się twoja wdzięczność i elementarna troska o ich dobro. Troska o ich dobro, czyli miłość. Ta troska o teściów zaowocuje pogłębie­niem więzi-komunii małżeńskiej w twoim małżeństwie. To pewne!